Dzwon katedralny w Płocku

Dzwony z płockiej Katedry nie znajdują się na samej świątyni, lecz od 1492 roku wiszą w pobliskiej, gotyckiej Wieży Zegarowej (dzwonnicy katedralnej), która jest częścią dawnego zamku książąt mazowieckich przy ul. Tumskiej 2. Najważniejszym i największym historycznym dzwonom nadano imię św. Zygmunta, patrona Płocka. Dawne zabytkowe dzwony zostały zniszczone, rozbite i zrabowane na cele wojskowe przez wojska niemieckie podczas I wojny światowej (w 1918 roku), a kolejne uzupełnienia spotkał podobny los w czasie II wojny światowej.

Dzwon ZygmuntaDzwon Zygmunta
Źródło zdjęć: © Archiwum | Archiwum
Krzysztof Wiśniewski

Władysław Broniewski nie napisał wiersza o krakowskim dzwonie "Zygmunt", lecz jest autorem utworu "Dzwon w Płocku", poświęconego historycznemu dzwonowi w jego rodzinnym mieście, który nawiązuje do tradycji upamiętniania śmierci króla Władysława III Warneńczyka. Bicie w dzwon upamiętniało dziewięć lat rządów Króla Polski Władysława III Warneńczyka, który to 10 listopada 1444 roku przewodził bitwie z Turkami pod Warną, w której jego siły zostały rozbite, a on sam zginął. W mieście Płocku od bitwy pod Warną, dzwon bił codziennie o zmierzchu dziewięć razy w odstępach jednominutowych. Aż do 22 maja 1918 r., kiedy to w samo południe Niemcy rozbili dzwon i zrabowali żeliwo.

Dzwon Zygmunta
Dzwon Zygmunta © Archiwum | Archiwum

Dzień 22 maja 1918 roku wspomina mieszkanka Płocka: Przed dzwonnicą i na końcu wszystkich dróg i ulic ku niej wiodących stali żołnierze z karabinami, nikogo do dzwonnicy nie dopuszczając. Po Rynku Kanonicznym, około katedry i po Tumskiej górze chodzili ludzie, zbierając się w gromadki. Szczególnie dużo było dzieci.

Słychać było uderzenia i jęki rozbijanych dzwonów. Ludzie patrzyli na wieżę, w której się coś strasznego i niesłychanego działo. Do wieży wpadali kolejno żołnierze z karabinami, nikogo do dzwonnicy nie dopuszczając, to z piłą, to z postronkami. Zdawało się, że dzwon żyje, że zadają mu jakieś okropne męki, a on jęczy, skarży się i wzywa pomocy.

Nie wiem, czy gdzie dzwon jaki był tak kochany i czczony jak nasz "Zygmunt". Gdy rozległ się jego uroczysty głos w niedzielę lub święto, każdy słuchał ze wzruszeniom i powagą. "Zygmunt! Zygmunt!" mówiono, radując się Jego dźwiękiem A wieczorem o zmroku, gdy wydzwaniał dziewięć uderzeń za poległych pod Warną, zdawało się, że nie można zakończyć dnia bez tego uroczystego wezwania do uczczenia rycerzy z przed pięciu wieków

"Zygmunt" był taką świętością, że wszyscy łudzili się, iż Niemcy nie będą śmieli targnąć się na niego. Nawet dzieci ze szkółek elementarnych, które mieszczą się chwilowo u stóp wieży w dawnym gmachu pobenedyktyńskim, biegając niespokojnie, jak mrówki, wznosząc główki w górę wołały, jak do kogoś żywego: "Zygmunt! Zygmunt! nie daj się! I czekały pełne wiary, że "Zygmunt" uczyni coś takiego cudownego, co go ocali.

I duchowieństwo nic nie wskórało. Na świecie jakby wszystko poszarzało. Zieleń majowa przywiędła, słońce pociemniało, ludzie byli jacyś szarzy, nie było słychać ani ich kroków, ani ich głosów, tylko te jęki, tylko te okropne jęki z mroków wieży wychodzące.

O "Zygmuncie!" czyż to naprawdę ostatnie twe dźwięki? Czy nigdy, już nigdy nie przemówisz do nas? Oto stoi głuchoniemy z garderoby teatralnej. Zalaną łzami twarz wzniósł

w stronę wieży, a rękoma daje jakieś rozpaczliwe znaki, że niszczą dzwon. On, który od urodzenia żadnego dźwięku nie słyszał, czyżby słyszał Zygmunta? Może fale powietrza wywoływały w nim osobliwe jakieś uczucie, może rozumie wtedy, co to dźwięk, może był to jedyny głos, dochodzący doń w tej wiecznej ciszy, na jaką go los skarał. Co dziwniejsze, że i drugi głuchoniemy, wyrobnik, z załamanymi rękoma i z bezgranicznym smutkiem spoglądał na wieżę. Wśród tłumu, jak widma snuli się staruszkowie i staruszki, nie opuszczający od dawna domostw z powodu kalectwa lub niemocy, snuła się i ta szara biedota i ludzie smutkiem i chorobą złamani, którzy dla cierpień ze światem zerwali. A wszystko to szeptało zbielałymi wargami jakieś słowa smutne tak cicho, jak się przy łożu konającego mówi. Na ławce szlocha schorowana, wychudła Rosjanka, a każdy jęk mordowanego dzwonu, wywołuje szloch silniejszy. Może myśli o Ojczyźnie swojej, jak ten dzwon przez katów mordowanej...

Nad wieczorem z okna wieżowego wyrzucono część dzwonu na bruk. Zalśnił jak srebro i padł z hukiem, aż kamienie wyskoczyły w górę na wzrost człowieka, a ziemia wzbiła się słupem pyłu. Jak iskry odskoczyły drobne odłamki dzwonu na wszystkie strony. Za chwilę padła druga część. Zewsząd zbiegła się ciżba ludzi do tych poświęconych szczątków. Każdy, kto mógł, chwytał odpryski dzwonu: jedni, jako zbożną pamiątkę inni - handel sobie z nich czyniąc.

Służąca pewna miała kawałek, wielkości śliwki. Dawano jej zań niemało marek, ale dziewczyna nie chciała sprzedać. Postanowiła przechować go i oddać, gdy nowy dzwon lać będą, aby w nim znalazło się choć kawałek "Zygmunta". Jeszcze nazajutrz u stóp wieży roiło się od dzieciarni, grzebiącej w ziemi, szukającej choć najmniejszego pyłku po "Zygmuncie".

W tym światku dziecięcym powstały już legendy, powtarzane przez starszych, ulegających jak każdy chory, zbolały i strapiony złudzeniom. Oto "Zygmunt" nie darował swej krzywdy i zemścił się: rozgniótł na śmierć jednego Niemca, a czterech poranił niebezpiecznie. Na ścianach widać strumienie krwi. W ciągu kilku godzin wieść ta obiegła cale miasto, a otrzymawszy pieczęć wiarogodności w cukierni, okazała się zupełnie nieprawdziwą.

Są i czyny bohaterskie, które z podziwem jedni drugim opowiadają. Bohaterami są mali chłopcy. Oto 20 z nich zakradło się przez ogród biskupi do wieży, podczas gdy inne dzieciaki sprzeciwiały się stojącemu na warcie u wrót żołnierzowi. Już po niewczasie straż zmiarkowała, co się stało. Biegną Niemcy szukać chłopców – nie ma ich ani śladu, ho chłopaki znają wszystkie lochy i skrytki starej wieży. Ściągnęli Niemcom z pod rąk kawał dzwonu i ukryli go w piwnicy, o której nikt nie wie. Albo znów: 6 chłopców zakradli się na wieżę, chwycili ucho od dzwonu tak wielkie, że ledwie udźwignąć go mogli. Zanim Niemcy się spostrzegli, już uciekli z "uchem" i ukryli go dobrze. Będzie do nowego dzwonu. Przejdą lata - z dzieci tych ludzie wyrosną. Ale dzień, kiedy Niemcy dzwony zabierali, utkwi niezatartym śladem w ich pamięci. O dniu tym opowiadać będą dzieciom, wnukom. Tak pamięć o krzywdach doznanych przechodzi z jednego pokolenia na drugie.

W roku 1922 w prasie płockiej ukazała się "Odezwa do Płocczan", to jej fragment - Wiemy wszyscy, że w maju 1918 rokuj niemieccy okupanci zrabowali, oprócz piszczałek cynowych z organ fary i z dzwonnicy farnej dwa dzwony: "Józef" i mniejszy bez imienia zwany pospolicie "aniołkiem", podstawili trzeci dzwon największy "Bartłomiej" na skutek starań, jako artystyczny i odlany przez Niemca w Toruniu w 1687 r. Dzwon ten waży około 150 pudów, a obecnie wartości przeszło 5 milionów marek." Proboszcz płockiej parafii ks. A. Modzelewski prosi o datki na nowy dzwon, który miał być odlany w odlewni dzwonów "Pustelnik".

Czas współczesny: Nowy, odlany na wzór historycznego oryginału dwutonowy dzwon św. Zygmunta ma powrócić na Wieżę Zegarową (pełniącą funkcję dzwonnicy katedry płockiej) na przełomie stycznia i lutego 2027 roku. Nowy egzemplarz dzwonu waży około dwóch ton. Ma dotrzeć do Płocka w styczniu lub lutym 2027 r., a jego montaż na odnowionej kopule Wieży Zegarowej zaplanowano na wiosnę 2027 r. Głos nowego dzwonu ma po raz pierwszy wybrzmieć podczas majowych uroczystości ku czci św. Zygmunta (patrona Płocka) w 2027 roku.

Czy powróci zwyczaj kiedy nowy "Zygmunt" dziewięć razy wieczorową porą każdego dnia zabije dziewięć razy jak pisał Władysław Broniewski? – Czas pokaże.

"Dzwon za poległych pod Warną bił dziewięć razy. Królowi się zmarło, wojsku się zmarło, a dzwon bił dziewięć razy o zmierzchu…"

Wybrane dla Ciebie