Pozostaje jednak pytanie, czy to Wisła w Częstochowie była tak silna? Czy może jednak Raków, chociaż miał zdecydowanie bliżej, nie dojechał na to spotkanie? W mojej opinii, w obu tych zdaniach jest ukryte pół prawdy. Przed Nafciarzami już jutro kolejny egzamin. W pierwszym domowym starciu tego sezonu, podopiecznym Adama Majewskiego przyjdzie zmierzyć się z naszpikowanym nazwiskami Widzewem Łódź. Początek meczu w piątek, o 18:00.
Nafciarze Bez Filtra Extra - Konferencja prasowa przed #WPŁWID
Zanim jednak zmierzymy się z Widzewem, wróćmy na kilka chwil do Częstochowy. Nafciarze spotkanie z Rakowem rozpoczęli wyjątkowo dobrze. Jako kibice mogliśmy zobaczyć to, o czym Adam Majewski mówił od początku pracy w klubie. Wisła była zdeterminowana w ofensywie, i wyglądała na zespół wyraźnie lepiej poukładany od Medalików. Warto jednak zauważyć jedną kwestię, im dalej w mecz, tym mniej było tej finezji i dobrej organizacji, a więcej widzieliśmy piłki z poprzedniego sezonu. Druga połowa to już chwilami wybitny popis parkowania we własnym polu karnym rodem z sezonu 2025/26.
Czy wynikało to z taktyki? Jak powiedział po konferencji prasowej sam szkoleniowiec Wisły. No właśnie nie! Chociaż przeprowadzone w trakcie drugiej części meczu zmiany, dawały poczucie, że jednak Nafciarze bardziej chcą wyniku bronić we własnym polu karnym, niż szukać podwyższenia prowadzenia. Doprowadziło to do tego, że Patryk Makuch miał na nodze piłkę na wagę remisu, jednak na nasze szczęście zamiast w światło bramki, trafił w słupek. Fakt, Wisła też miała swoją okazję z kontrataku, jednak z jakiegoś powodu niezwykle doświadczony Łukasz Sekulski pędząc sam na sam z młodziutkim Wiktorem Żołneczko, nie zdołał nawet oddać strzału.
Ostatecznie, spotkanie w Częstochowie można śmiało potraktować jako 1 z 34 do końca sezonu. Najważniejsze wnioski po nim to niewątpliwie:
- Wisła jest o 3 punkty bliżej utrzymania, jeszcze jakieś 35 i będziemy mogli spać w Płocku spokojnie,
- Adam Radwański chociaż żadnych spektakularnych liczb nie zanotował, to jednak był cichym bohaterem meczu,
- Marcin Flis dalej umie strzelać gole, jak jeszcze zacznie lepiej bronić to będziemy zadowoleni,
- Fabian Hiszpański zbierze w tym sezonie więcej minut niż zawodnicy poniżej 22 roku życia razem wzięci.
Dobra, wystarczy o meczu w Częstochowie, pora na zdań kilka o tym co przed nami. W piątek przy Łukasiewicza 34 czeka zespół Adama Majewskiego zdecydowanie trudniejszy egzamin, niż ten inauguracyjny. Wprawdzie Widzew w poprzednim sezonie zawiódł na całej linii, jednak w polskiej piłce nic dwa razy się nie zdarza. Chociaż kibice Lecha po wczorajszym meczu swoich pupili w eliminacjach do Ligi Mistrzów, mogą powiedzieć, że mokra szmata w twarz, to już piłkarska tradycja w Poznaniu.
Widzew to z jednej strony rywal dla Wisły niewygodny, z drugiej zawsze w zasięgu. Historycznie na 26 spotkań mamy tyle samo porażek, co wygranych i remisów Wisły w sumie. Ostatni sezon pokazał, że gra przeciwko ekipie z Łodzi, nawet gdy ta była w kryzysie, nie przychodziła nam łatwo. Remis na wyjeździe i bolesna porażka na własnym stadionie to nie było coś, o czym Nafciarze będą chcieli pamiętać. Ale… Adam Majewski pisze swoją historię od nowa.
Jak piłkarz nowy szkoleniowiec Wisły mierzył się z Widzewem aż 20-krotnie. Sześć tych pojedynków wygrał, tyle samo zremisował, i 8 razy schodził z murawy jako pokonany. W roli trenera rywalizował z drużyną z Łodzi trzykrotnie. Wszystkie trzy mecze przegrywał. Mało tego. W żadnym z tych meczów prowadzony przez niego zespół nie zdobył nawet bramki. To wszystko składa się w jeden jasny obraz. Wisła w piątek wygrywa mecz i to do zera. Przecież piłkarscy bogowie nie mogą przepuścić takiej okazji, żeby pokazać swoje najpiękniejsze oblicze.