Najpierw popatrzmy na to, co latem wydarzyło się w płockiej szatni. A muszę przyznać, że ruch był ogromny. Z klubem pożegnał się Giannis Niarchos, bodajże jedyny piłkarz, na którym Wisła zarobiła cokolwiek. Do tego klub pożegnał całą masę piłkarzy, na różnych warunkach. Skończyły się wypożyczenia Dialo, Sarapaty czy Wiktora Nowaka. Chociaż na tym ostatnim udało nam się zarobić małą sakiewkę. Z zespołem pożegnali się też Dominik Kun, Nemanja Mijusković, Kevin Custović, Iban Salvador, Quentin Lecoeuche czy ostatnio Marin Karamarko.
W szatni pojawiło się również mnóstwo nowych nazwisk. Począwszy od podpisanego już zimą Michała Króla, skończywszy na podpisanym w ostatnim dniu okna Samuelu Akere. Na Łukasiewicza wrócił Adam Radwański. Pojawił się młodszy z braci Kun – Patryk. Dodatkowo możemy teraz oglądać w naszych barwach wracającego po nieudanej przygodzie na Wyspach Brytyjskich Olafa Kobackiego. Mamy też Afonso Silvę czy Sidneya Tavaresa, czyli jedne z nowszych pomysłów dyrektora Łukasza Stupki. Co ciekawe, nowy dyrektor sportowy wspomniał w rozmowie z portalem Meczyki, że Wisła już znalazła się w deficycie finansowym, jeśli chodzi o transfery. Później potwierdził to w wywiadzie z mediami klubowymi. Nie wiem, czy chcę komentować tego typu publiczne wypowiedzi dyrektora sportowego, ale… zastanówmy się przez chwilę nad genezą tego problemu oraz nad tym, czy ten problem faktycznie istnieje.
Na początek, żeby zrozumieć, skąd w Wiśle "dołek", trzeba cofnąć się do czerwca, kiedy to klub po odejściu Mariusza Misiury musiał pożegnać się z całym jego sztabem. Sztabem, który dosłownie chwilę wcześniej w komplecie parafował nowe roczne kontrakty. Co logiczne, każdy z członków poprzedniej ekipy musiał zostać za to rozwiązanie odpowiednio wynagrodzony. Jak weźmiemy sobie liczbę członków, pomnożymy ją przez najniższą możliwą w tym wypadku rekompensatę, to i tak dochodzimy do wartości całkiem sporej, której nikt w budżecie na ten sezon raczej nie zaplanował. Do tego należy dołożyć opłaty karne za wypożyczenie Matchoia Dialo oraz Dominika Sarapaty, bo żaden z panów nie zrobił furory w Wiśle i nie wypełnił minimum minutowego wpisanego w umowy bezpłatnego wypożyczenia. Doliczmy jeszcze wykup Diona Gallapeniego, wykup Žana Rogelji, transfer Olafa Kobackiego i dziura w woreczku rośnie. Wprawdzie klub został zasilony chociażby bonusem za liczbę minut Wiktora Nowaka oraz zapisanym w umowie wypożyczenia procentem od transferu w tym oknie, jednak to nadal nie daje jakiejś oszałamiającej kwoty.
Klub mocno liczył na początku okna, że uda się szybko spieniężyć wykup Diona Gallapeniego i zarobić na Kosowianinie. Niestety do tej transakcji nie doszło. Trzeba tylko zadać sobie jedno pytanie: czy na pewno "niestety"? Wartość Diona, który będzie grał na takim poziomie, do jakiego nas przyzwyczaił, rośnie z meczu na mecz. Do tego dochodzi fakt, że jesienią "Gala" na pewno zagra kilka meczów dla kadry narodowej. Kolejny plusik do ceny wykupu. Wiadomo, wiąże się to z pewnym ryzykiem, chociażby kontuzji. Jednak kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije. Ja osobiście uważam, że z pozostania Diona w Wiśle wyjdzie więcej dobrego niż złego.
Rozmawiając o transferach, musimy jednak pamiętać o tym, co zawsze w przypadku Wisły jest powtarzane. Klub operuje jednym z niższych budżetów w lidze i musi umieć poruszać się w takiej rzeczywistości. Próżno szukać w naszym zespole piłkarzy z wielomilionowymi kontraktami. Śmiem twierdzić, że jeśli założymy miesięczny budżet na pensje zawodników na poziomie 1,5 mln, to bardzo się nie pomylimy. Przypomnę, że tę kwotę dzielimy na dwadzieścia kilka głów. Próżno u nas szukać kontraktów na poziomie 150 tysięcy czy wyższych. Wisła od zawsze musiała żyć w takich realiach i pewnie prędko się to nie zmieni.
Pytanie, które się wobec tego nasuwa, brzmi: czy Nafciarze wycisnęli maksa z tego okna transferowego? Odpowiedzi pewnie będziemy szukać zimą, a w przypadku niektórych zawodników dopiero w maju przyszłego roku. Ja jednak osobiście uważam, że większość ruchów przychodzących i wychodzących jest ruchami na plus. Mam zastrzeżenia jedynie do tego, że pozwolono odejść Dominikowi Kunowi, oraz do jednego z transferów przychodzących. Aczkolwiek jeśli Marcin Flis będzie pełnił rolę rezerwowego, to nawet ten ruch się broni.
Więcej widzę ruchów, które już się bronią. O Adamie Radwańskim, Afonso Silvie czy nawet Sidneyu Tavaresie już teraz można powiedzieć, że wyglądają tak, jakbyśmy chcieli, żeby wyglądał każdy piłkarz przychodzący do Płocka. Patryk Kun częściej gra nie na swojej pozycji, ale i tak nie można za bardzo czepiać się młodszego z braci Kun o jego boiskowe poczynania. Najwięcej wątpliwości mam przy nazwisku Kobacki. Po Olafie ewidentnie widać, że ostatnie dwa lata to bardziej stagnacja niż jakikolwiek rozwój. Ofensywny pomocnik po powrocie z Anglii prezentuje się z jednej strony przyzwoicie, z drugiej brakuje mu "tego czegoś". Obserwując jego poczynania z wysokości trybun, mam wrażenie, że największym problemem jest brak pewności siebie. Nie tej codziennej, ale tej boiskowej. Tego poczucia, że jak już się nadarzy okazja, to on ją wykorzysta. Czasem wydaje mi się, że Olaf za bardzo chce, a to zdecydowanie nie pomaga.
Wracając na chwilę do Łukasza Stupki. W wywiadzie udzielonym mediom klubowym powiedział jedno bardzo mądre zdanie, z którym koniec końców się chyba zgadzam. Transfery należy oceniać nie w chwili przyjścia, a w chwili odejścia danego piłkarza. To samo tyczy się dyrektorów, prezesów czy trenerów. Więc w przypadku Wisły Płock na oceny przyjdzie jeszcze czas.