Udało im się wyrównać lot, ale nie cieszyli się długo, bo za chwilę wlecieli w burzowe chmury. Deszcz lał tak mocno, że nie widzieli nic "ani w górze, ani na dole", a woda przeciekała przez szyby i lała się na nogi. Uratował ich kurs ślepego pilotażu. Gdy już wyszli z tarapatów, okazało się, że główny bak jest pusty, co oznaczało, że instalacja jest nieszczelna. Dobrze, że mieli pod dostatkiem kanistrów, ale nawet tutaj kryło się niebezpieczeństwo.
Józef przelewał paliwo z kanistrów do baku, a następnie "spuszczał pustą bańkę w dół". Jedna z nich prawie uderzyła w statecznik, szczęśliwie znowu udało im się wywinąć – felerny kanister jedynie rozdarł płótno w tyle kadłuba. W końcu zobaczyli ląd, a konkretniej wyspę. Ale chcieli dolecieć bezpośrednio do Warszawy, więc parli dalej. Natrafili na gęstą mgłę, kończyło im się paliwo. Gdy po półtoragodzinnym ślepym locie zobaczyli "dziurę we mgle", nie myśląc wiele, "zjechali w tę dziurę" i zobaczyli ląd. Lądowali bez większych problemów, bo tylko odpadło im tylne koło przy sterze. Józef: "Podziękujmy Panu Bogu! Mogłoby być gorzej!".
W czwartek 19 lipca 1934 roku Adamowicze przebywają w Gdyni dokąd przybyli o godzinie 11.30 z Bydgoszczy. Na wybrzeżu morskim lotnicy pozostaną do 23 lipca i tegoż dnia przyjadą do Grudziądza a stąd 24 lipca przylecą wprost do Płocka. Ta informacja elektryzowała ówczesnych płocczan. Kim byli bracia Adamowicze?
Bracia Bolesław Adamowicz (ur. W1896, zm. w czerwcu 1979) i Józef Adamowicz (ur. W 1893, zm. w listopadzie 1970) – amerykańscy przemysłowcy oraz lotnicy-amatorzy polskiego pochodzenia, wsławieni lotem przez Atlantyk w 1934 roku.
Wraz nimi między innymi żona Józefa Adamowicza. Spodziewany był także przylot samolotu R. W. D. 5 na którym pilot kpt Skarżyński przeleciał w roku ubiegłym Atlantyk na linii Dakar (Afryka Zachodnia) - Maceió (Brazylia).
Planowano wielkie uroczystości. w programie przewidziano się, że w dniu 24 lipca 1934 roku, we wtorek, odbędzie się wspólny obiad, w czasie którego to społeczeństwo płockie będzie miało możność zetknąć się bliżej z naszymi bohaterami przestworzy, którzy będą gościć w Płocku. Obiad urządzony będzie ze składek w wysokości 5 zł. od osoby. Zgłoszenia przyjmowane są w Magistracie m. Płocka (pokój Nr. 21) (p. Zieliński). Szeroki ogół naszego miasta nie omieszka skorzystać z nadarzającej się sposobności osobistego poznania B-ci Adamowiczów i pospieszy do biura celem złożenia zgłoszeń, nie czekając ostatniego terminu.
Tymczasem:
Odwołano niestety przyjazd Adamowiczów Zapowiedziany na 24 lipca przyjazd do Płocka lotników braci Adamowiczów nie doszedł do skutku, a to w związku z klęską powodzi.
Zebranie organizacyjne odbyło się w poniedziałek 23. lipca o godzinie 18-ej (6 po południu) w Starostwie na sali Rady Powiatowej. 6 metrów wody w Warszawie W dniu 22 VII poziom wody na Wiśle pod Warszawą dochodził do 6 metrów w punkcie kulminacyjnym. Termin późniejszego przyjazdu lotników nie jest wiadomy.
Wojsko wezwano na pomoc We wtorek 24 lipca 1934 o godzinie 19-ej oddziały wojskowe w Płocku otrzymały wezwanie o przybycie z pomoce gminom Bielino i Rogozino. Woda zaczęła zalewać tamtejsze tereny. Sytuacja była groźna. Natychmiast wydelegowano oddział ratunkowy w składzie trzech oficerów, dziesięciu podoficerów oraz sześćdziesięciu żołnierzy, wraz ze sprzętem 60 siekier i 40 łopat. Ekspedycja ratunkowa pod dowództwem kpt. Łocza wyruszyła na samochodach ciężarowych dostarczonych przez starostwo płockie. Żołnierze ci akurat wrócili z manewrów odbywając marsz 60-dniowy. mimo to nie zawahali sie pospieszyć na ratunek zagrożonej ludności.
Niebezpieczeństwo zalewu groziło dwóch gminom Bielino i Rogozino od strony wałów nadwiślańskich długości 17 kilometrów. Sztab przeciwpowodziowy znajdował się w urzędzie gminy Bielino, obroną całego terenu przybrzeżnego kierował inż Hejkie Stanisław, mając do pomocy techników, wojsko, organizacje i ludność cywilno. Teren zagrożony podzielony był na kilka odcinków. Łączność z odcinkami sztab utrzymywał przy pomocy telefonów polowych no linii długości 15 km. Telefony znajdowały się w 5 punktach.
Ekspedycja wojskowa po przybyciu do Słupna pieszo odmaszerowała do wsi Wykowo, gdzie stanęła o godzinie 20-ej. Cały czas padał ulewny deszcz. Sytuacja na tym odcinku była już częściowo opanowana i woda powstrzymana, a to dzięki wytężonej pracy ludności. Teraz do pomocy przyszło wojsko i zawrzała wspólna praca na wałach przy Wiśle która przy świetle pochodni latarń trwała całą noc. Żołnierze mieli 10 latarń i 6 po chodni Utrudniał pracę ulewny deszcz. Mimo to niebezpieczeństwo zażegnano. Wartę na wałach pełnili strzelcy, harcerze i strażacy.
O godzinie 12 w nocy 24 lipca omal nie doszło do wielkiej katastrofy na odcinku Liszyno -Czerne. Napór wody był taki silny że przesunął o 1 metr, potężny wał zbudowany po roku 1924. Przed wałem tym powstał głęboki dół zawalony drzewami. Woda z wielką siła uderzała o ten wał i rujnowała go. Wobec krytycznej sytuacji sołtys wsi Liszyno - Czerne zmobilizował w ciągu 25 minut trzy sąsiednie wioski które niezwłocznie stanęły na zagrożonym odcinku. Dobre kierownictwo obrony przez inż St. Hejkie przy współdziałaniu przodownika Jedwabnego wójta gminy Bielino i sołtysa wsi Liszyno-Czerne oraz wytężona praca ludności zaowocowało.
W urzędzie starościńskim trwały dzień i noc dyżury. Starosta powiatowy p. Wład. Rozmarynowski często dojeżdżał samochodem do urzędu gin. Bielino i na odcinki zagrożone, zaznajamiając się z sytuacją powodziową. W urzędzie starościńskim czuwał pan v-starosta Jaworski dla utrzymywania kontaktu ze sztabem przeciwpowodziowym. Na każde zadanie sztabu starostwo dawało materiały, środki techniczne, lokomocję, żywność i t. p.
Zarządzenia doraźne na miejscu wydawał sam p. inż. Stan. Hejke, objeżdżając poszczególne odcinki. Kierownictwo nad ekspedycją wojskową sprawował energicznie kpt. Antoni Łocz. Łączność z centralą utrzymywał por. Jankowski; porucznicy: Dybowski, Cieśliński i Szymański, każdy z grupą po 20 żołnierzy pracowali przy wzmacnianiu wałów na różnych odcinkach w najwięcej zagrożonych punktach. Cywile i wojskowi dobrze spełnili swój obowiązek.
Co z braćmi Adamowicz?
Dwa miesiące, które spędzili w ojczyźnie, były najlepszym okresem w ich życiu. Przyjmowano ich po królewsku, goszczono w najlepszych hotelach, zapraszano do wykwintnych restauracji, urządzano spotkania z najwyższymi dostojnikami (m.in. z premierem Leonem Kozłowskim i z szefem lotnictwa wojskowego gen. Ludomiłem Rayskim), obwieziono ich po kilkunastu miastach, gdzie znowu czekały na nich wiwatujące tłumy.
Wracali do Stanów pełni optymizmu, z ambitnymi planami na przyszłość. Gdy jednak na początku października dopłynęli do Nowego Jorku, w porcie przywitali ich nie tylko fotoreporterzy i członkowie rodziny, ale i prokuratorzy. W ich fabryce policjanci znaleźli maszynę bimbrowniczą i beczki fermentującego moszczu. skazano ich na 15 miesięcy więzienia. Gdy z niego wyszli, nigdy już nie odzyskali reputacji ani pieniędzy. Bolesław i Józef znowu musieli prowadzić życie emigrantów na dorobku, pracowali u dawnego znajomego na Brooklynie, mieszkali na kupie w tanim pokoju. Zmarli zapomniani i w biedzie