Sprawy archiwalne zbrodnia w Trębinie, gmina Radzanowo rok 2003!
W moich artykułach dotyczących zbrodni sprzed lat poruszam tematy przestępstw, które wydarzały się na przestrzeni lat i w różnych zakątkach świata. Dzisiaj jednak, skoro znajdujemy się na portalu lokalnym, zajmiemy się sprawą, która wydarzyła się w okolicach Płocka, a o której wiele osób zapomniało lub w ogóle o niej nie słyszało.
Tragedia wydarzyła się w 2003 roku, w miejscowości Trębin w gminie Radzanowo. Właśnie tam siostra Małgorzaty K. w dniu 23 maja znalazła jej ciało, które leżało na wersalce.
W mieszkaniu pomieszczeniu pełno dymu. Do martwego ciała Małgorzaty przytulała się dwójka jej dzieci. Kobieta, po pobieżnym sprawdzeniu ciała, zdecydowała się wezwać pogotowie. Poprosiła o to sąsiadkę, a sama wróciła po dwójkę swoich siostrzeńców. W tym czasie z kanapy, na której leżała Małgorzata, unosiły się kłęby szczypiącego w oczy dymu i czuć było zapach spalenizny. Siostra Małgorzaty zalała kanapę wodą. Okazało się też, że odkręcona jest butla z gazem.
Personel medyczny stwierdził, że dwoje dzieci zostało uratowane z zadymionego domu wyniesione w ostatniej chwili. Niestety, Małgorzaty nie dało się uratować. Przybyła na miejsce policja, zauważył na jej szyi ślady, które mogły wskazywać na morderstwo, a pożar mógł być próbą zatarcia śladów.
Gdy zbadano okoliczności zbrodni, policja aresztowała trzydziestoletniego Włodzimierza L., który przyznał się do zbrodni. Sąd Okręgowy w Płocku skazał go na dożywocie, pozbawienie praw publicznych na 10 lat i konieczność wypłacenia dzieciom po 50 tysięcy złotych nawiązki.
To by było na tyle ze streszczenia samego postepowania. Najciekawszy i najmroczniejszy w tej całej sprawie jest jednak motyw.
Małgorzata pozostawała jakiś czas w związku Włodzimierzem, który był ojcem jej dzieci. Rozstali się, gdy kobieta była w drugiej ciąży. Od tego czasu nie utrzymywali kontaktów, a w sądzie toczyła się sprawa o ustalenie ojcostwa młodszej córki.
- Skończyło się. Zabiłem k... – przyznał z chłodną satysfakcją koledze z pracy. Na pytanie o to, co z dziećmi, odpowiedział: - Uduszą się albo zatrują.
W tamtym czasie. Miał nową narzeczoną, planowali ślub, spodziewali się dziecka. Jego nowa partnerka nic nie wiedziała o jego poprzednim związku z Małgorzatą i dwójce ich dzieci. Włodzimierz wolał o tym nie pamiętać. Ale niedługo miała się dowiedzieć.
W tym czasie Małgorzata żyła z dziećmi w ubóstwie, w nieogrzewanym domu, w którym nie miała prądu. Załamana samotna matka, postanowiła zwierzyć się ze swojej sytuacji lokalnemu księdzu.
Tam opowiedziała duchownemu o planach ojca jej dzieci co do ożenku z inną kobietą, o tym, że nie przejmuje się losem swoich dzieci i o tym, że właściwie udaje przed światem, że one nie istnieją. Zwróćmy uwagę na kontrast zachowań Włodzimierza. Z jednej strony zakochany narzeczony, szykowanie wesela i biała suknia u ukochanej a niedaleko, w Trębinie rozpadająca się rudera i matka, która nie ma za co wykarmić jego dzieci.
Mniejsze miejscowości mają to do siebie, że wieści szybko się w nich rozchodzą. Narzeczona Włodzimierza w końcu dowiedziała się o wszystkim: o dzieciach, o Małgorzacie i o tym, jakim człowiekiem jest w rzeczywistości jej przyszły mąż. Kobieta zaczęła mieć poważne wątpliwości co do ślubu i wspólnego życia. Dla Włodzimierza L. to był koniec świata. Ale ten człowiek nie widział absolutnie swojej winy i nie zamierzał przyznać się, że sam ponosi odpowiedzialność za swoje kłamstwa. Za sytuację, w której się znalazł, obwinił Małgorzatę.
Pojechał zatem do Trębina, jednak nie po to by pomóc byłej partnerce ani rozmawiać o sytuacji dzieci. Był wściekły. Domagał się, żeby Małgorzata natychmiast poszła do księdza i odwołała to, co mu powiedziała i przedstawiła go w korzystnym świetle. Kobieta odmówiła. To, co później się wydarzyło sędzia Ludomira Rudzińska określiła później jako czyn, który "nie mieści się w głowie".
Włodzimierz dotkliwie pobił matkę swoich dzieci a potem półprzytomną położył na wersalce. Następnie zaczął ją dusić do momentu aż przestała oddychać. Gdyby na tym skończył, byłaby to kolejna tragiczna zbrodnia dokonana przez przemocowca, których s polskich sądach wiele. Niestety, Włodzimierz w swoim okrucieństwie i braku refleksji posunął się dalej.
Świadkami zabójstwa Małgorzaty były jej dzieci. Płakały, ale to nie zmiękczyło serca ich ojca. Nie traktował ich bowiem w tamtym momencie jak syna i córki, ale jako niewygodny problem, którego trzeba się pozbyć. Z zimną krwią położył przy zwłokach matki podpaloną gazetę. Pod ceratę na stole wepchnął płonący papier. Następnie odkręcił kurki od palników na kuchence gazowej. Syczący gaz zaczął wypełniać pomieszczenie. Wtedy wyszedł i jak gdyby nigdy nic zamknął za sobą drzwi. Zostawił martwą kobietę i dwoje przerażonych dzieci na pewną śmierć w domu, która za chwilę miała stać się krematorium.
Po dokonaniu zbrodni Włodzimierz L. wrócił na budowę, na której wówczas pracował. To tam wypowiedział słowa o "duszeniu się i zatruciu". Skrajny cynizm. Według jego założeń dom miał wylecieć w powietrze albo spłonąć. W gruzach strażacy znaleźliby trzy ciała. Prawie niemożliwe byłoby stwierdzenie czy Małgorzata została uduszona, czy zginęła w pożarze. Chciał upozorować wypadek, którego przyczyną był wyciek gazu.
Proces był spektaklem, podczas którego obrona starała się przekonać sąd, że oskarżony działał w afekcie oraz że podpalając gazetę przy zwłokach, chciał ocucić Małgorzatę.
Sąd Okręgowy w Płocku nie dał wiary tej linii obrony. Prokurator Izabela Śniecińska w mowie końcowej w mocnych słowach stwierdziła, że oskarżony przejawia "skrajny egoizm bez uczuć wyższych". Biegli natomiast potwierdzili, że ten człowiek po prostu usuwał przeszkody na drodze do swojego wyimaginowanego szczęścia. W tamtym czasi sędziowie rzadko orzekali karę dożywotniego pozbawienia wolności, jeśli sprawca nie był recydywistą czy seryjnym mordercą. Tu nie mieli dla oskarżonego żadnych względów.
-W tym budynku codziennie mamy do czynienia ze sprawami oburzającymi - mówiła w uzasadnieniu sędzia Rudzińska. - Ale żadna z nich nie zasługuje na takie potępienie. Sylwek i Martyna mieli zginąć w wybuchu, bo właśnie o to chodziło oskarżonemu.
Włodzimierz L. w ostatnim słowie stwierdził tylko, że "żałuje, iż takie zdarzenie miało miejsce". Nie że żałował, że zabił. Żałował, że go złapali. Że plan się nie powiódł.