Ślady - opowiadania! Część II 

Nic niezwykłego. Nic specjalnego. Zwykła sprawa, wręcz ordynarna w swej powszechności. Ot, pijany kierowca, wypadek, trup. Wielkie mi mecyje. Nie pierwszy taki trup i nie ostatni taki wypadek.

Zdjęcie poglądoweZdjęcie poglądowe
Źródło zdjęć: © Panorama Płock | Panorama Płock
Redakcja Panorama Płock

Co się wydarzyło?

Naprany do nieprzytomności kretyn wyjechał z drogi podporządkowanej prosto w tył przejeżdżającego auta. W efekcie uderzony samochód zjechał na przeciwległy pas ruchu i czołowo zderzył się z trzydziestotonowym kolosem. Kierowca ciężarówki nie miał najmniejszej szansy uniknięcia zderzenia. Kierowca samochodu, który został przezeń zmiażdżony nie miał najmniejszej szansy wyjść z tego żywy.

Środek miasta, środek dnia, środek lata. Piękna, słoneczna pogoda, sucho. Czyli idealne warunki by kogoś zabić.

Jedno wiedział o sobie z całą pewnością – nie był kretynem, był człowiekiem sukcesu. Niektórzy mówili, że jest wyjątkowym skurwysynem, ale nie przejmował się tym zupełnie – im się nie udało a jemu i owszem.

"To geny" mawiał, ilekroć rozmowa schodziła na to, jak udało mu się osiągnąć to, co osiągnął.

Prawda była, oczywiście, bardziej złożona – geny to jedno a sprzyjające okoliczności, klimat, to drugie.

Karol Czernichowski był nad wyraz udanym potomkiem i nieodrodnym dzieckiem swoich czasów.

Praprapradziadek Samuel Czernichowski przybył do Krakowa pod koniec dziewiętnastego wieku z niewielkiego sztetla pod Czernichowem. W Krakowie zmienił nazwisko wraz z wyznaniem. I tak w niebyt odszedł syn właściciela austerii Szmul Lewin a pojawił się Samuel Czernichowski, katolik. Na tle byłych ziomków wyróżniał się bardzo dobrą znajomością języka polskiego – to ułatwiło wejście w "polski świat".

Nie pochodził z żydowskiej biedoty – syn karczmarza, to jednak ktoś więcej niż jakiś kramarz, mleczarz Tewie, czy przymierający głodem kantor.

Odziedziczoną po ojcu austerię, która prosperowała lepiej niż dobrze, sprzedał Goldbergowi za sześć tysięcy guldenów. Trzy tysiące otrzymał od razu a pozostałe trzy miał otrzymać w równych, rocznych ratach. To był pokaźny majątek, dzięki któremu mógł rozwinąć biznes niedaleko Plant. Tak, niedaleko Plant a nie na Kazimierzu – trzymał się z daleka od żydowskiego świata, miał jasno ułożony plan i realizował go skrupulatnie.

"Café de Cracovie" dość szybko zyskała niejaką popularność, szczególnie wśród studentów, urzędników i artystów. W tym ostatnim przypadku im bardziej niedoceniony artysta, tym bardziej stawał się klientem Samuela Czernichowskiego.

Po kilku latach ożenił się. Wybranką została studentka farmacji, córka aptekarza, który prowadził wcale nieodległą od Samuelowej kawiarni aptekę. Rodzina trochę kręciła nosem na zięcia konwertytę, ale nie jakoś szczególnie.

Wkrótce na świat przyszedł prapradziadek Karola Czernichowskiego, czyli Władysław, też farmaceuta, który miał jakie takie zasługi na froncie włoskim w czasie pierwszej wojny światowej a następnie przejął rodzinną aptekę.

W 1900 roku urodził się pradziadek Franciszek, który porwany patriotycznym uniesieniem wstąpił do Legionów Piłsudskiego, walczył, został internowany w obozie na terenie fortu Beniaminów, potem zasłużył się w wojnie polsko-bolszewickiej, osiadł w Warszawie, gdzie skończył studia na kierunku organizacja przemysłu i handlu w Wyższej Szkole Handlowej. Najpierw ekonomia ogólna, potem specjalizacja z administracji gospodarczej.

Szybko znalazł pracę. Nie był zwykłym absolwentem prestiżowej uczelni – był legionistą i oficerem odznaczonym w wojnie z bolszewikami. Miał łatwiej. I w 1925 roku, 1 stycznia, został referentem w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. Pensja nie robiła wielkiego wrażenia, ale możliwości już i owszem. Pochodził jednak z dość majętnej rodziny, która błyskawicznie wyczuła koniunkturę i w Warszawie kuzyni otworzyli filię "Café de Cracovie".

Z premedytacją zachowali nazwę i to się opłaciło.

Otworzono również skład budowlany oraz składy węgla. W tym ostatnim pomogły kontakty z częściowo autonomicznym Śląskiem.

Budująca się na potęgę Warszawa – chociażby cała nowa dzielnica Żoliborz – to było źródło wręcz niewyobrażalnych możliwości. A kuzyn w ministerstwie to był skarb.

Więc wespół i w zespół rodzinny biznes się kręcił.

Pradziadek Franciszek awansował a wraz z nim awansował rodzinny majątek.

W 1932 roku urodził się dziadek Karola, czyli Wiesław.

Wojna jakoś szczególnie nie dotknęła śmiertelnie rodziny Czernichowskich. Krakowska gałąź wyszła bez strat własnych a w warszawskiej tylko jedna osoba odeszła w nicość.

Ale to był ciężki przedwczesny poród, więc w sumie nawet nie wiadomo, czy to zaliczyć do wojennych strat.

Po wojnie zrobiło się ciężej, ale po pierwszych koślawych latach możliwości zarabiania wróciły.

Nie byli właścicielami kawiarni, ale byli ajentami, mieli cukiernię przy Marszałkowskiej, tolerowaną cegielnię pod Radzyminem, potem pojawiły się pieczarkarnie i kurze fermy. Ale najważniejsze, że dziadek Wiesław doskonale odnalazł się w strukturach partii komunistycznej i dbał, by majątek rodziny nie kurczył się.

Cesarsko-królewski drobne mieszczaństwo w Drugą Rzeczpospolitą weszło jak w masło a w Polską Rzeczpospolitą Ludową z odpowiednią parą i przekonaniami po linii i na bazie.

W 1960 urodził się ojciec Karola, Andrzej.

Bez problemu dostał się na studia na "handel zagraniczny" w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, które, z drobnymi problemami, ukończył w 1985 roku a już rok później wylądował jako dość podrzędny urzędnik w polskiej ambasadzie w Wiedniu. Podrzędny urzędnik ambasady w Wiedniu to bardzo potężne możliwości.

Więc rodzinny majątek wciąż się bardzo nie kurczył.

Niestety, w czasie studiów zaliczył ciążę z koleżanką z roku.

I to był problem.

Ale ojciec koleżanki był attaché handlowym polskiej ambasady w Wiedniu, więc – w sumie – raczej nie było tragedii. Tym bardziej, żę młodzi szybko powiedzieli sobie "tak" przed cywilnym księdzem.

Było więc bardzo dobrze.

Rodzinny biznes doznał przyspieszenia.

A potem zawalił się świat, przyszły wybory, które wygrała "Solidarność", upadł berliński mur, rozstrzelano bez sądu rumuńskiego dyktatora, upadł Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, Polska wstąpiła do NATO i Unii Europejskiej.

A ktoś z Czernichowskich cały czas był blisko, uczestniczył, przekazywał informacje.

I rodzinny biznes kręcił się. teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Przez ostatnie pięćdziesiąt lat nie afiszowali się z majątkiem, ale teraz nadszedł czas, że trzeba się afiszować, że trzeba mówić, pokazywać, bo dzięki temu będzie go jeszcze więcej.

Andrzej Czernichowski zdecydował, że – na bazie rodzinnych tradycji – zwiąże się z Porozumieniem Środek i jego głównym rozgrywającym, prezesem partii.

I to był strzał w dziesiątkę.

Nie, nie kandydował do Sejmu i Senatu z listy partii, czy listy koalicji, która ta partia zakładała.

Tylko był, wykorzystywał możliwości, przejmował drobne części majątku państwowego, które Porozumienie przejmowało.

Przy okazji trochę doradzał, nigdy się nie kłócił, zawsze wspierał prezesa. Ale zakulisowo. Inni członkowie rodziny pokazywali się i robili promo a on stał z tyłu.

W 1982 urodził się pierworodny Karol.

W 2005 Karol skończył studia w Szkole Głównej Handlowej.

Już w czasie studiów zaczął się biznesowić. Najpierw trochę nieporadnie, ale dość szybko został przez rodzinę wyprostowany i wszedł tylko w takie interesy, które miały powiązania z rodzinnymi koneksjami.

Najlepszy biznes to była deweloperka. Wykorzystywanie luk w przepisach, niejasności.

Rodzina skupowała grunty, które miały zostać przekształcone z rolnych na budowlane. Dzięki wewnętrznym informacjom wiedzieli, jakie trasy i którędy będą przebiegały. Wiedzieli, że Warszawa się rozrośnie i trzydzieści kilometrów do Pałacu Kultury i Nauki przestanie być problemem, o ile będzie szybki dojazd.

A oni wiedzieli.

Wiedzieli. Kupowali. Budowali.

Karol został twarzą rodzinnego biznesu.

Nie był twarzą ogólnopolską. Był twarzą lokalną. Kilka artykułów, kilkanaście zdjęć. Zaprzyjaźniony wójt i burmistrz, zblatowana jedna i druga rada.

Wszystko się doskonale układało.

Ale Karol miał problem.

Lubił się napić i lubił wciągać.

Gdy pojawił się problem z firmą, spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, którą totalnie położył, zadłużył i naraził na szwank rodzinne kontakty, wtedy zapaliła się czerwona lampka. Rodzina musiała zareagować.

I zareagowała.

Kancelaria "Zdunek, Raciszewski & Wspólnicy" zajęła się problemem. Zajęła się i znalazła rozwiązanie – czasowa niepoczytalność.

Stworzono całą historię choroby Karola, dzięki czemu został wybroniony w procesach, które miał ze skarbem państwa, urzędem skarbowym i pracownikami.

Depresja to choroba wieku, która dopada znienacka. Znienacka może dopaść rolnika i gminnego urzędnika, ministerialnego referenta i policjanta, nauczycielkę w szkole podstawowej i przedsiębiorcę.

Choroba podstępna.

Karol został podstępnie zaatakowany.

Karol stał się ofiarą.

Karol niczemu nie był winien.

Gdy najebany jak Messerschmitt Karol Czernichowski zabił człowieka, to okazało się, że też nie był niczemu winien.

Był przecież – w sumie – ofiarą.

Kancelaria od kilku lat broniła interesów Czernichowskich. Ostatnio przede wszystkim Karola Czernichowskiego.

Cały czas skutecznie.

Po dwudziestu cztery godzinach Karol Czernichowski wyszedł z aresztu a po kilku miesiącach został ostatecznie i prawomocnie uznany…

Zasadniczo to został uznany nie-sprawcą.

Pół roku dozoru psychiatrycznego, ale niezbyt dolegliwego.

Opijał z kumplami prawomocny wyrok, gdy nagle stracił przytomność. Grill przed domem zapadł się w ciemność, kumple zniknęli.

Ból.

Potworny ból wykręconych rąk wezwał go brutalnie w świadomość.

Wisiał.

Zaczął się rzucać, ale nie mógł krzyczeć.

Usta zalepione plastrem.

Kątem oka zobaczył ich.

Też wisieli. Też zaklejone usta plastrem.

"Co się, kurwa, dzieje?".

Nic się nie dzieje niezwykłego.

Rozpoznaje twarze. Prokurator, sędzia i jego obrońca…

Wiszą.

Tak jak on wiszą a do nóg przytroczone kawały betonu.

Wije się i kręci. Rozgląda.

Jest przerażony, ale dostrzega…

Wszyscy wiszą, wszyscy u nóg mają zawieszone potężne kawały betonu. Ale jego prawnik ma przepaskę na oczach. On jeden nie widzi. On jeden tylko czuje i słyszy. Oni czują, słyszą i widzą…

Miało być inaczej – miał się zajmować najpoważniejszymi sprawami, miał ścigać przestępców, być szeryfem czyszczącym…

A kim się stał?

Nikim.

Jego przyjaciel króluje w mediach. Byli na tym samym roku, zaczynali w tej samej rejonowej prokuraturze, ale dziś on wisi a przyjaciel…

Ok, dobrze, coś tam po drodze skręcił, bo było zapotrzebowanie, bo poproszono, bo tego wymagał interes..

Zgodził się, bo "dlaczego by nie".

Kolega się nie zgadzał.

A teraz kolega jest ten świątobliwy i bez skazy a on wisi.

Wisi.

Ból wyłamywanych stawów.

Ma problemy z kręgosłupem. Odcinek szyjny. Ręce drętwieją, gdy zbyt długo są w jednej pozycji.

Są w jednej pozycji od kilku godzin.

Ból rozrywa dłonie, przedramiona, ramiona, barki.

A on wisi.

Dlaczego?

Co takiego zrobił, że na to sobie zasłużył?

Rozgląda się i widzi.

I wreszcie rozumie.

- Dzień dobry! – Mężczyzna stanął przed wiszącymi na potężnym drągu pięcioma mężczyznami, skrzyżował ramiona na piersi. – Jakoś jesteście mało rozmowni a tak dużo gadaliście.

Złośliwość, dominacja i rezygnacja. Bo jak odpowiedzieć, gdy usta zaklejone laso taśmą a gość może zrobić z tobą wszystko?

- Mam nadzieję, że nie będzie sprzeciwu… Czyż nie… Ok, nie słyszę sprzeciwu. Więc teraz wyjaśnię, co się dzieje.

I wyjaśnił.

Każdy z nich miał coś na sumieniu, każdy zawalił, każdy uczestniczył… Każdy korumpował i dawał się korumpować. Każdy gwałcił i niszczył. Bo tak było im wygodniej, bo tak się działo, bo tak działa system, bo tacy się urodzili, bo się opłacało…

- To się nazywa karma. To wraca. Prędzej lub później, ale dopada. Was dopadło teraz.

Widzieli go. Nie krył się. Pokazał twarz.

Ile mógł mieć lat? Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt? W dzisiejszych czasach trudno to ocenić.

Nie krzyczał. Był zimny. Przeraźliwie zimny w tym co i jak mówił.

Wbijali szeroko otwarte oczy w mężczyznę, który przeszedł się przed nimi a potem stanął po środku i tylko się w nich wpatrywał.

"Boże, błagam, jeśli tylko z tego…."

Nie dokończył.

Potężne uderzenie kija baseballowego, które złamało obie jego piszczele, wysadziło mózg w kosmos. Ból był nieopisywalny. Ból był nie do zniesienia.

I wtedy, gdy pękły kości, gdy kruche podtrzymywanie życia zostało złamane, gdy nogi przestały podtrzymywać ciężar ciała, poczuł zaciskającą się na szyi pętlę.

Kątem oka zauważył, że paroksyzm obwieszenia dosięga człowieka obok.

Oczy wychodzą z orbit, ból rozsadza, pętla się zaciska, płuca się dławią…

Przytomność wraca.

Ból nie odchodzi, ale przytomność wraca.

Jest ciemno.

Wciąż wisi.

Dopada go jasność.

Ciemność przechodzi w potworną jasność.

Ściana przed nim opada a w oczy wbija się makabryczny blask słońca.

Mruży oczy.

Łapie głęboki oddech i wtedy…

I wtedy wszystko się kończy.

Ostatni obraz, który widzi to plac, jakiś plac…

Pętla się zaciska, oddechu już nie ma. Jest tylko potwornie bolesne odchodzenie w mrok.

I nagle błysk, ostatnie ujęcie z życia, karma strzela w potylicę bezlitośnie.

To nie jest przewijający się poczet obrazów z życia, to nie jest zapis zdarzeń.

To jest zatrzymanie w czasie i oglądanie siebie i przez siebie oglądanie świata. Wszystko na raz, wszystko razem, w tym samy czasie, jednocześnie. Wielowymiarowy patchwork.

Mógł inaczej, mógł zmienić… Ale szedł wyznaczoną ścieżką. Konsekwentnie. W sposób przemyślany bezwiednie szedł realizując…

Ostatni obraz, ostatnie tchnienie życia.

Ludzie. Ludzie zamierają.

Eksplozja obrazów.

Plac, ludzie, biuro z prawnikiem, grill ze znajomymi, łódka, selfie pod piramidami, nagranie z samochodowej kamery, wpis na portalu uzupełniony zdjęciem, ubarwiony krótkim filmikiem, ojciec przytrzymuje rowerek a on stara się złapać pion, pierwsze bzykanie, plac i ludzie, komunia święta…

Wszystko w jednym czasie, wszystko się miesza i przenika.

I już jest po wszystkim.

Skończył się plac, skończyli się widzowie.

Jest on. Teraz jest on. Sam ze sobą. Ze swoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. A żadnej z nich nie ma. Są ułudami.

Dla nich jest już trupem, teatralnymi zwłokami, epizodem w mediach społecznościowych, nikim, ale jednak z jakimiś zasięgami.

Wybrane dla Ciebie