Szkoła w Borowiczkach im. Władysława Broniewskiego "20" - to moja pierwsza szkoła. Ciasne ławki, z dziurą na kałamarz a na przeciwko tablica. Nad tablicą na ścianie Godło Polski. Z lewej strony portrety Józefa Cyrankiewicza, Władysława Gomułki, z prawej portret Aleksandra Zawadzkiego.
W ławkach uczniowie w fartuszkach z białymi kołnierzykami zapinanymi na guziki. Początek lekcji to tradycyjnie: D Z I E Ń D O B R Y P A N I. każda sekunda była ważna, by przedłużać powitanie z nauczycielem, a tym samym była krótsza lekcja. Otwór w ławce na kałamarz, w kałamarzu atrament, w zeszycie kleks, i niebieskie palce od atramentu. Taki był początek edukacji.
Zapomniałeś kapci – wracasz do domu; zbyt długie włosy u chłopaków – kierunek fryzjer; nie obetniesz włosów, nie pokazuj się w szkole na drugi dzień. Częste sprawdzanie głowy, czy nie masz wszy i brudu za paznokciami (żałoba za paznokciami) – do łazienki umyć ręce!
Podczas przerw, w czasie zimy lub brzydkiej pogody, chodziliśmy w parach po korytarzu w kółko /jak na jakimś więziennym spacerniaku/ trzymając się za ręce. Po szkole nie chodziliśmy na kremówki, ale do sklepiku pani Majerowskiej np. po oranżadę w proszku.
Pierwsza nauczycielka - pani Sznurowska /nie pamiętam imienia/ - o której jak wspomniałem o niej, pani Wandzie Gołębiewskiej, stwierdziła ze. "Była bardzo wymagająca" i dodała jeszcze, "to miałeś ciężko". Jak sięgam pamięcią, miała rację. Ja ją lubiłem, mimo to, że pierwszą ocenę, którą otrzymałem była dwója. Pamiętam, za co. Za literę "jot", "J". Najpierw uczyła pisać różne wzorki linie, wężyki, kółka a jak przyszło do litery "jot" to pomyślałem ze też będzie ładniej, gdy to literę napiszę z kilkoma brzuszkami u góry. Niestety. Nie było.
Po przeczytaniu wiersza w dwutygodniku "Świerszczyk", który prenumerowali dla nas, dzieci, moi rodzice, wydrukowano wiersz okolicznościowy z okazji Dnia Nauczyciela, którego nauczyłem się na pamięć, specjalnie dla NIEJ i podczas wręczania kwiatów powiedziałem go w klasie. To było najdłuższe wręczanie kwiatów. Później powtórzyłem go podczas szkolnej akademii dla mieszkańców Borowiczek.
Była też pani Grobicka - bibliotekarka - która dbała o to byśmy czytali książki. Nie mogłeś oddać książki, którą pożyczyłeś jak nie opowiedziałeś o jej zawartości. Uczyła jak dbać o książki, żeby nie zawijać rogów, jeśli odkładamy ją na dokończenie czytania. NIE WOLNO CZYTAĆ PRZY JEDZENIU! - Robią się tłuste plamy. To zostało mi do dziś. Kto nie szanuje literatury polskiej, nie powinien nazywać się patriotą. Do dziś pamiętam wydarzenie: Pani Grobicka nie chciała mi wymienić książki na inną bo wg Niej, nie zdążyłem jej przeczytać w ciągu jednego wieczoru. Wróciłem do domu z płaczem. Pamiętam tytuł: "Byczek Fernando". Zapisałem się wtedy go biblioteki gminnej i nie miałem tego typu problemów.
Czy dziś dbamy o książki? Jeśli czytam, ze książki można drzeć, bo napisała je polska noblistka, to serce boli. Kto nie szanuje książek nie szanuje ludzi.
NIE DEPTAĆ TRAWNIKÓW!; NIE MAZAĆ NA MURACH - to już przeszłość. Tego uczyli w szkołach w czasach, o których mówi się słusznie minionymi. A dziś?,··
Na religię miałem 30 minut drogi do salki katechetycznej. I pierwsze nauki. Był rok 1962. Papieżem został kilkanaście tygodni wcześniej Paweł VI. O Pawle VI opowiadał ks. Batogowski który w latach późniejszych jako misjonarz wyjechał do Indii, do Mysore. Najbardziej lubiłem spotkania podczas poświęcone, św. Janowi Bosco - patron młodzieży. To były trzy dni. Wracało się wtedy późnym wieczorem z całą grupą do domu. Raz, podczas mgły zabrałem się z grupą do domu i po kilkuset metrach zorientowałem się, że ona prowadzi do Słupna. Zawróciłem. Dziś nie zamieniłbym religii w salce katechetycznej na lekcję w szkole - To nie to samo. Religii uczyły siostry Urszulanki a często też dzisiejszy biskup, senior Roman Marcinkowski. Pamiętam z nauki religii przestrogę by nie powstała Biblia mieszana wielu wyznań – niestety, taka Biblia powstała - Biblia Ekumeniczna.
Kolejne zmiany programowe. Od niepamiętnych czasów mówi się żeby nie uczyć budowy pantofelka a chyba dotąd uczą. Dawniej wystarczył jeden rysunek - okno i wazon ze zwiędłymi kwiatami a pod nim podpis "Dziś mała Wikcia nie podlała kwiatków, i zwiędły" - To jedno zdanie i był powód do prowadzenia lekcji o ochronie środowiska. Zaczynałem szkołą siedmioklasową, skończyłem po reformie osiem klas. Przez te lata nie zmieniały się podręczniki. Kupowano je od starszych uczniów.
Może nie uczono prawdziwej historii. Prawdziwą historię przekazywali rodzice i dziadkowie. Ani w szkole, ani rodzice nie mówili o żołnierzach wyklętych. Często słyszałem od dziadków i rodziców nazwiska, które dziś zajmują pierwsze miejsce w Muzeum Żołnierzy Wyklętych - ale dla ówcześnie żyjących byli to źli ludzie? Komu wierzyć? – dziadkom czy współczesnej interpretacji młodych historyków. Współczesny patriotyzm nie powinien być kojarzony z bronią w ręku - Tego też nauczono mnie w szkole w Borowiczkach.
Z bólem stwierdzam - nie miąłem dobrych nauczycieli historii. Nauczyciel siadał, kazał otworzyć podręcznik i kazał, by każdy przeczytał określony fragment czy rozdział. Następnie pytania zawarte w podręczniku nakazał przepisać do zeszytu i na tym się kończyła lekcja. Bez żadnych wyjaśnień, dlaczego jakieś wydarzenie nastąpiło. Nie lubiłem historii, bo jej nie rozumiałem. Zawsze tłumaczyli mi rodzice ze, co zrobi się dziś może skutkować pozytywnie lub negatywnie jutro, lub za kilka lat. Dziś to bardziej rozumiem.
Stawiano przed tablicą takiego delikwenta by rozwinął jakieś historyczne zagadnienie, a tu pustka, w podręczniku jest o tym 3 czasem 5 zdań i jakieś zdjęcia. Miałem nauczyć się podręcznika na pamięć? Wystarczy mi tabliczka mnożenia, pacierz i X przykazań i może coś jeszcze - tak myślałem. Do historii miałem złych nauczycieli. Dziś ich rozumiem. Po co było przekazywać wiedzę historyczną, która jest "sfałszowana"; przeczytajcie i jakoś to ogarnijcie. W domyśle = Mnie nie wolną mówić. Tak było w podstawówce i tak było w szkole średniej.
Do poznania prawdziwej historii Polski zachęcili mnie księża Salezjanie z płockiej "Stanisławówki" a dokładnie ks. Stanisław Koronkiewicz. To za Jego probostwa, co tydzień wieczorem /chyba we wtorki/ przyjeżdżał jakiś pan/ nie pamiętam nazwiska/ i wykładał historię naszej Ojczyzny od początku - od Mieszka I. To On potrafił tak przekazać historię ze czekałem niecierpliwie na kolejny wykład za tydzień. Słuchano Go z otwartymi ustami. Tak było do wakacji. A po wakacjach, zmienił się proboszcz. Spora grupa osób przyszła na kolejny wykład, wykładowca się pojawił, ale zakazano kolejnej lekcji historii. Salezjanie odmówili takich spotkań. Jednak zachęta do poznania historii Ojczyzny pozostała.
Powinno się poznać historię miejsca, w którym żyjemy, historię osiedla czy ulicy. Jak ją poznasz trudniej będzie Tobą manipulować?, A pracownicy np. Muzeum Żołnierzy Wyklętych będą raczej unikać rozmów z Tobą niż dyskutować. Kim był "Rypa" i kim był "Cacko" wiem od kiedy sięgam pamięcią. Komu wierzyć – rodzicom, dziadkom czy uczonym historykom urodzonym 10 czy 20 lat po wojnie?
Na osiedlu w Borowiczkach, które w tym czasie nie były w granicach Płocka mieszkało kilku nauczycieli, w tym dyrektor szkoły Władysław Adamkowski i pani od matematyki, której się wszyscy bali. Strach a raczej respekt u niektórych pozostał nawet w dorosłym życiu. Jak to za lat dziecięcych bywało, grało się w piłkę, w cztery ognie czy w inne podwórkowe gry, ale zawsze gdzieś obok czaił się nauczyciel by na drugi dzień postawić cię przed tablicą i zadawał trudne pytania? Wolałeś się zabawiać na świeżym powietrzu niż przygotowywać się do lekcji - pewnie tak myślał.
Był też nauczyciel, który myślał ze jest Chuck`iem Noris`em. Nazywaliśmy go "EBO", ponieważ miał powiedzenie, {gdy było z głośno w klasie} "E, bo Cię kopnę". Nigdy nie spełnił tej groźby. Lubił on hokej na lodzie. Kiedy odbywały się mistrzostwa świata w hokeju na lodzie w czasie jego lekcji oglądaliśmy transmisję telewizyjną. Z zawodników pamiętam tylko nazwisko bramkarza - Andrzej Józef Tkacz. Prawdziwym świętem było zwycięstwo Polski nad ZSRR.
W dobrej pamięci zachowała się inna nauczycielka Krystyna Karczewska - też wszyscy ją lubili. Potrafiła opowiadać o czasach przed przyjęciem chrztu przez Polskę. Do szkoły czasem przyjeżdżało kino ruchome. Niestety, bez głośników. P. Karczewska bardziej swoją interpretacją niż rzeczywistym dialogiem omawiała film. Jeśli dobrze pamiętam Krystyna Karczewska otrzymała od dzieci Order Uśmiechu.
Była też "Ciocia Józia" - postać nietuzinkowa. To Józefa Winczenko o której mało się pisze. To nauczycielka, która, w czasie wojny uczyła "w podziemiu" . Jej należy się oddzielny tekst, ale niech napiszą go inni.
Lubiłem z klasą chodzić do parku przy cukrowni. Zbieraliśmy opadłe liście i robiliśmy z nich zielniki. Po liściach poznawaliśmy nazwy drzew. Niestety, z żalem stwierdzam, że park, został sprzedany, ogrodzony i wstęp do niego jest zabroniony. Szkoda, wielka szkoda.
Dawniej był otwarty dla wszystkich, dziś nie wiadomo, co się tam dzieje. Były wycieczki do pracującej w tym czasie cukrowni. Kto pamięta zapach melasy? Ja pamiętam,. "Jakby to było dobrze w Borowiczkach iść na trochę melasy" - pisał Broniewski. Te słowa po latach są aktualne. Jak dobrze było.....
Dobra zmiana tego nie zastąpi. Księża narzekali na ówczesną władzę i Rząd. I to się nie zmieniło w czasach współczesnych. Prawie co niedziela na nabożeństwach słychać podczas kazań narzekanie na władzę i Rząd. Co niedziela do kościoła na Mszę Świętą o godz. 9 rano. Trudno obejrzeć popularny w tym czasie "Teleranek" rozpoczynający się o tej samej godzinie. Może zdążymy na film po jego zakończeniu?
Niestety nie! - Ówczesny proboszcz, ks. W. Batogowski przedłużał nabożeństwo. Msza, która powinna zacząć się o 10,30 zaczynała się z dziesięciominutowym opóźnieniem. Tak tłumaczył to ksiądz -Winni byli komuniści, którzy programy dla dzieci nadawali w godzinie, kiedy było przeznaczone dla nich nabożeństwo.
Krzysztof Wiśniewski
Dziś, jutro będzie kiedyś.
„Płock z dawnych lat” to historie ludzi, których już nie ma wśród nas. Ocalmy wspomnienia o Płocczanach, którzy swoim życiem i pracą starali się być pożyteczni dla innych, ocalmy tych, którym nie będą stawiać pomników, ocalmy tych, którzy nie będą patronami ulic, placów, rond i skwerów, ale być może dzięki nim, zapomnianym, których mogił już nie ma i mogił na cmentarzach, które mijamy nie zastanawiając się, kim byli, staliśmy się wielką rodziną płocką. O Nich są poniższe teksty.