Felietony Adama Czejgisa - Przy sobocie - Dziadek na "Atanda"
Dyktatura, taka wybrana w demokratycznych wyborach " tyrania większości" może nam się zdarzyć także dziś - wystarczy chwila nieuwagi. Wojna, biedniejące społeczeństwo, kilka sprytnych kłamstw i półprawd, jakaś nośna bogoojczyźniana idea nie koniecznie faszystowska, niekoniecznie komunistyczna…
Warszawa wczesne lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku: Funkcjonariusze MO dokonali zatrzymania. Zatrzymany 18-etni uczeń nie stawiał oporu - matka płakała, ojciec, niespotykanie spokojny człowiek (na szczęście) był nieobecny. Po nocy na deskach milicyjnego dołka zatrzymany został przewieziony do aresztu śledczego na Białołęce. Gdzie spotkał się z młodym sympatycznym obywatelem prokuratorem. Zapalili po fajeczce, następnie sympatyczny przedstawił zatrzymanemu bardzo poważne zarzuty: kradzieży z altanek działkowych roweru, dwóch pierzyn i worka kartofli. Zatrzymany niesympatycznie milczał, prokurator sympatycznie pytał. I głośno pisał: - Odmawia składania zeznań, odmawia podpisania protokołu... Następnie zaaresztował na trzy miesiące.
Później okazało się, że te same zarzuty zostały przedstawione jeszcze kilkudziesięciu nieznanym sobie osobom. W celi panował nieznośny ścisk i zaduch. Prawie całą podłogę pokrywało "sianko" (wypchane słomą sienniki). Na piętrowych " kojach" wylegiwali się kryminalni recydywiści. Aresztowanemu i innym nowicjuszom pozostały zleżałe, śmierdzące wory.
Początkowo nikt z tak nagle uwięzionych nie znał rzeczywistych powodów przeprowadzenia tej milicyjno-prokuratorskiej masowej (nawet jak na PRL) akcji. Osadzeni dopiero po kilku dniach dowiedzieli się nieoficjalnie, że powodem ich aresztowania była "troska" władz o bezpieczeństwo ludowej ojczyzny" i jej gościa prezydenta Stanów Zjednoczonych Am. Płn.
Jakież to niebezpieczeństwo dla Polski i USA stanowili młodzi na ogół spokojni długowłosi uczniowie, studenci i robotnicy?
Owszem mogło być, że o jakiś niestosownych według władz zrachowaniach dziś tu osadzonych doniósł uprzejmie jakiś kapuś. Ale siedzieli tam też ludzie całkiem apolityczni - przypadkowi. Pewnie jakiś "czujny" działacz chcąc awansować i poszedł na ilość i na zaś naklepał "wrogów ojczyzny". Po kilkunastu dniach "relaksu" na Pawilonie gruchnęła wiadomość, że prezydent USA dawno już wyjechał.
- Co się dzieję, co oni knują, co chcą z nami zrobić? – Huczało na celach.
Wówczas bardziej doświadczeni recydywiści, którym mocno doskwierał zaduch i ciasnota, zorganizowali protest:
I wyfrunęła przez "lipa" więzienna zastawa - dzwonami blaszanych misek, dzwonkami łyżek usłała spacerniak.
- Głodówka! Głodówka! - niosło się po więziennych murach.
Stukot podkutych butów dzielnych funkcjonariuszy przybyłych, zdławić w zarodku bunt wraży - uciszył gwar w celach. Wszyscy słuchali: gdzie i kiedy zaczną wchodzić, i kto pierwszy, i jakie mocne dostanie lanie.
Ale oni wciąż tam stali rośli, silni w równym dwuszeregu na długim więziennym korytarzu, pokrzykując wulgarnie i grzmocąc rytmicznie długimi pałami o metalowe tarcze. Gdzieś tak po kwadransie walenie ustało, słychać było tylko szmer jakiś rozmów i oddalające się szuranie buciorów. I Radość! Zwycięstwo - wycofali "atandę" - zaczęli zwalniać.
Adam Czejgis.