Ślady - opowiadania! Część I
Dla fanów kryminalnych historii mamy dla Was autorską serię opowiadań od naszego zaprzyjaźnionego autora. "Gdy system przestaje karać winnych, ktoś zaczyna wymierzać sprawiedliwość sam." Aspirant Marek Krysiński całe życie wierzył w prawo. Do dnia, w którym pijany morderca drogowy uniknął kary dzięki układom, fałszywym opiniom psychiatrycznym i skorumpowanemu wymiarowi sprawiedliwości. Kilka miesięcy później przed gmachem sądu pojawia się ciężarówka. W środku wiszą ci, którzy "załatwili" uniewinnienie. Polska zaczyna się zmieniać. Ludzie przestają wierzyć w państwo. Zaczynają wierzyć w zemstę. A Krysiński staje przed pytaniem, którego najbardziej się boi: co, jeśli oni naprawdę zasłużyli? "Ślad 1" — mroczny thriller o świecie, w którym granica między sprawiedliwością a zemstą dawno już przestała istnieć.
Ślad 1
Nic niezwykłego. Nic specjalnego. Zwykła sprawa, wręcz ordynarna w swej powszechności. Ot, pijany kierowca, wypadek, trup. Wielkie mi mecyje. Nie pierwszy taki trup i nie ostatni taki wypadek.
Co się wydarzyło?
Naprany do nieprzytomności kretyn wyjechał z drogi podporządkowanej prosto w tył przejeżdżającego auta. W efekcie uderzony samochód zjechał na przeciwległy pas ruchu i czołowo zderzył się z trzydziestotonowym kolosem. Kierowca ciężarówki nie miał najmniejszej szansy uniknięcia zderzenia. Kierowca samochodu, który został przezeń zmiażdżony nie miał najmniejszej szansy wyjść z tego żywy.
Środek miasta, środek dnia, środek lata. Piękna, słoneczna pogoda, sucho. Czyli idealne warunki by kogoś zabić.
- Nie rozumiem ludzi. Serio, nie rozumiem. – Aspirant Marek Krysiński odwrócił się od monitora, na którym oglądał zapis wypadku zarejestrowanego przez kamery miejskiego monitoringu i sięgnął po dokumenty sprawy.
Sprawca nie odniósł żadnych obrażeń. Nawet drobnego draśnięcia. Badanie krwi – 3,6 promila alkoholu. To już właściwie nieprzytomność.
Godzinę wcześniej sprawca wrócił do aresztu, do którego dwa dni wcześniej decyzją sądu trafił na trzy miesiące.
Godzinę temu wrócił do aresztu, bo godzinę temu skończyło się "przeprowadzanie czynności z udziałem". Bardzo krótkie było to przeprowadzanie czynności – nie przyznał się do winy, odmówił składania zeznań, towarzyszył mu adwokat.
Dla aspiranta Marka Krysińskiego sprawa była jaśniejsza niż Słońce w południe na bezchmurnym niebie.
Od prawie roku obowiązywały przepisy o morderstwie drogowym – każdy kto spowoduje wypadek ze skutkiem śmiertelnym i miał więcej niż dwie dziesiąte promila alkoholu we krwi, albo nawet śladowe ilości substancji psychoaktywnych z automatu dostaje dożywocie.
Jeśli nie było ofiar śmiertelnych, ale byli ranni, wtedy czyn kwalifikowany był jako rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Widełki kary zaczynały się od ośmiu lat a kończyły na dożywociu.
Absolutnie drakońskie kary.
I co?
I nic!
Statystyki nawet nie drgnęły – ludzie jak jeździli nawaleni, tak dalej jeżdżą.
- Nie rozumiem.
Pół roku wcześniej jego własny komendant pożegnał się ze służbą w policji a przywitał na dwadzieścia pięć lat z mini apartamentem przy ul. Smutnej w Łodzi. Nic wielkiego się nie stało – niespełna promil alkoholu we krwi, uderzył w tył innego samochodu, gdy już dojechał pod dom i parkował. Pech chciał, że w uderzonym samochodzie kierowca szykował się do wyjścia, a więc nie miał zapiętych pasów. W wyniku uderzenia najpierw uderzył głową w zagłówek a potem w kierownicę. Ciężkie uszkodzenie kręgosłupa – cudem nie doszło do przerwania rdzenia kręgowego – zmasakrowana twarzoczaszka. Trzy miesiące w szpitalu a potem lata rehabilitacji.
Prawda była taka, że były komendant dostałby piętnaście, gdyby nie był komendantem a tak dycha ekstra za policyjny mundur.
Dla aspiranta Krysińskiego wszystko było jasne – pijany do nieprzytomności wymusił pierwszeństwo, uderzył w prawidłowo jadący samochód w wyniku czego ten zderzył się czołowo z ciężarówką. "I dożywocie ma jak w banku". Niczego nie dało się ukryć – kamery monitoringu, kamery w samochodach. Sprawa czysta-oczywista.
Dwa tygodnie później aspirant Krysiński przeżył szok – adwokat sprawcy odwołał się od decyzji o areszcie i… sąd uwzględnił zażalenie. Bandyta drogowy wyszedł na wolność.
Jednak to był szok małego kalibru.
Prawdziwy szok przeżył, gdy sprawca wypadku został uniewinniony.
To znaczy, nie tak do końca uniewinniony. Został uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia przestępstwa zbrodni. Miesięczna obserwacja w szpitalu psychiatrycznym oraz dokumenty potwierdzające, że leczy się na depresję, doprowadziły do tego, że sądy dwóch instancji łyknęły jak pelikan linię obrony. Linia obrony sprowadzała się do tego, że: leczy się na depresje, nie kontroluje co się dzieje, pije bez świadomości co czyni, znajduje się w stanie pełnej niepoczytalności, więc nie może zostać skazany.
Kupieni psychiatrzy potwierdzili linię obrony w całej rozciągłości.
Jedyna dolegliwość dla sprawcy to pół roku nadzoru psychiatrycznego.
- Nie rozumiem tego! Przecież ten skurwysyn nawet nie krył się, że to ściema!
- Ile masz lat? Wczoraj się urodziłeś? – Przyjaciel Krysińskiego wpatrywał się w policjanta, który całym sobą manifestował wściekłość i odrazę.
- Ale tak, kurwa, nie może być!
- Oczywiście, że może. Nie powinno tak być, ale tak jest.
Znali się od kilkunastu lat. Poznali się na strzelnicy, gdzie obaj regularnie ćwiczyli. Bliżej poznali się po zawodach, w których zajęli ex aequo drugie miejsce. Od słowa do słowa okazało się, że mają wiele wspólnego. I to pomimo, że jeden był policjantem a drugi nauczycielem biologii w liceum. Te same książki, te same filmy, ten sam rodzaj humoru. I obaj byli znów wolni i za cholerę nie chcieli brnąć w nowe związki.
- Nie wiem… nawet nie chcę myśleć, co czuje rodzina tego zabitego…
- Myślę, że myśli to samo, co ty, mój drogi. Tylko tobie nie wolno tego powiedzieć, bo jesteś jednak stróżem ładu i porządku.
- Ale przecież to do tego właśnie doprowadzi. Ludzie zaczną brać sprawy w swoje ręce. A ja będę musiał ich ścigać, chociaż wiem, że racja jest po ich stronie!
- Z takimi przemyśleniami raczej nie powinieneś się wychylać. Zachowaj to lepiej dla siebie.
Ale policjant musiał z siebie wyrzucić żal i wściekłość. I wstyd. Wstyd, że jakoś w tym uczestniczy, jakoś to bezprawie legitymizuje. Choć on, aspirant Marek Krysiński, za cholerę nie ma zamiaru tego legitymizować. Gdyby mógł, to takiego skurwysyna by osobiście…
Minęło kilka miesięcy. Znów był środek lata. Znów piękna pogoda. I kolejne sprawy.
Dopiero co udało się usunąć grupę protestujących z transparentami "Polska dla Polaków", "STOP ukrainizacji" i najciekawszy, czyli "NIE! dla UkroPolin". Banda prymitywów błyskawicznie się zorganizowała i zgromadziła przed komisariatem, w którym przesłuchiwanych było pięciu kilkunastolatków - najmłodszy jedenaście lat, najstarszy skończone piętnaście – którzy pobili dwie Ukrainki, pracownice sklepu "Wróbelek".
O co poszło? O "agresywne" zachowanie "tych łajz ze wschodu" – to cytat z protokołu.
Na czym polegała "agresja"? Na zwróceniu uwagi, że jeśli dotkną pieczywa, to muszą je kupić. Uwagę zwróciła "ta kurwa banderowska" – to też cytat.
Sytuacja zaczęła eskalować, interweniowała ochrona sklepu, wezwano rodziców i policję.
Następnego dnia gdy "łajza ze wschodu" i "kurwa banderowska" wychodziła do domu po pracy, została napadnięta przez młodocianych bandytów. A ponieważ wychodziła z koleżanką, to dostało się obu. Na tyle mocno, że trzeba było wezwać pogotowie.
Gnoje uciekli, ale dzięki monitoringowi szybko ustalono sprawców i zatrzymano.
No, i się zaczęły protesty w obronie prześladowanych młodych Polaków.
Patrzył przez okno na zapijaczone, tępe pyski wywrzaskujące podłe hasła i zastanawiał się, skąd ta nienawiść, skąd to zło?
Już dawno uleciał romantyzm, który pchnął go w szeregi policji – będzie "służył i bronił". Po liceum wstąpił do policji i od osiemnastu lat "służy i chroni". Tylko komu i kogo? Marzenia… Z chęci, wewnętrznej potrzeby "służenia i chronienia" nic nie zostało. Zostało tylko odliczanie czasu do policyjnej emerytury i obowiązek. Obowiązek by wykonywać znienawidzoną robotę najlepiej jak potrafi a jednocześnie naciągnięta jak struna grożąca pęknięciem wola, by się nie załamać. By nie stać się jak jego koledzy, którzy przychodzili, odbębniali robotę, wychodzili a potem zapijali się.
I jeszcze sprawa emeryta, któremu otruto psa. Sprawa, którą przydzielił mu komendant, bo jego kolega położył ją w sposób arcymistrzowski.
Luty. Potworne mrozy, jakich nie było od kilkunastu lat. W nocy przy gruncie prawie minus trzydzieści stopni. Leciwa instalacja nie wytrzymała – zamarzł grzejnik w garażu, zamarzła pompa. Gdy mrozy ustąpiły, gdy odmarzła instalacja woda z impetem zawładnęła najpierw garażem a potem parterem niewielkiego domku.
Właściciel zgłosił problem, ubezpieczyciel wydał zgodę na pokrycie niemałych kosztów naprawy, umówiona ekipa wreszcie, po kilkukrotnym przesuwaniu terminu przyjazdu, naprawiła instalację a potem zainkasowała pieniądze z ubezpieczenia.
Ale nie dokładnie naprawiła, bo okazało się, że woda wciąż cieknie, zaworów nie można odkręcić i zakręcić.
Właściciel wydzwania do "fachowców" a ci go zwodzą, umawiają się, potem nie przyjeżdżają a gdy wreszcie zmęczony całą sytuacją informuje, że podejmie kroki prawne, to właściciel firmy, która przeprowadziła naprawę, wysyła starszemu mężczyźnie sms z info, żeby się odpierdolił, jeśli nie chce by mu się stała krzywda.
Następnego dnia kolega Krysińskiego przyjął zawiadomienie o przestępstwie z artykułu 190 kodeksu karnego – groźby karalne – wniosek o zabezpieczenie w postaci zakazu zbliżania się.
Jeszcze tego samego dnia podjął decyzję o umorzeniu, pod którą podpisał się prokurator.
Niestety, właściciel nieszczęsnego domku nie doczekał możliwości złożenia zażalenia na decyzję, bo dwa dni później "nieznani sprawcy" spuścili mu taki wpierdol, że wylądował w ciężkim stanie w szpitalu.
Emeryt był emerytowanym dziennikarzem.
I to, tylko to, spowodowało, że kolega Krysińskiego miał kłopoty. A właściwie nie to, że ofiara była dziennikarzem, sprowadziło na policjanta i prokuratora kłopoty, ale fakt, że emerytowany dziennikarz miał kolegów, którzy postanowili się sprawie przyjrzeć a następnie opisać ją i nagłośnić.
Krysiński przeglądał akta sprawy, którą położył jego kolega z pokoju. Też aspirant, też pewnie miał kiedyś marzenia a teraz siedzi i tępym wzrokiem patrzy za okno, i autentycznie nie rozumie "o co tyle hałasu".
Wyszedł przed budynek, by zapalić.
Powoli zaczyna mieć tego wszystkiego dość. Do policji wstąpił przed 2013 rokiem, więc właściwie może przejść na wcześniejszą emeryturę. Od kilku miesięcy bardzo poważnie się nad tym zastanawia. Nawet sprawdził ile by wynosiła. I to jedno jeszcze go trzymało w tej robocie. Bo jak przeżyć za niespełna trzy i pół tysiąca? Prawie osiemset złotych czynszu za mieszkanie. Do tego rachunki, telefon, abonamenty, utrzymanie samochodu…
Nie spina się. Za cholerę się nie spina. Ledwo się zepnie nawet, gdy dociągnie do dwudziestu pięciu lat.
A nie dociągnie. Nie ma takiej opcji.
Czyli co? "Odejdę i co? Będę musiał szukać roboty… Gdzie? W sklepie jako ochroniarz? Kierowca Ubera?"
Ma trzydzieści siedem lat. Może zacząć wszystko od początku. Tylko co zacząć?
Patrzył na ogromny gmach sądu i prokuratury w jednym po drugiej stronie placu i zastanawiał się, czy to wszystko teraz zaczęło się psuć, czy tak było zawsze. "Może jestem przewrażliwiony? Przecież nic wielkiego się nie dzieje…". Ale działo się, wiedział, że się działo. Nie był tępym gliniarzem, którego nic nie interesuje. On się interesował. Czytał, szukał, sprawdzał. Śledził tematy i prace analizujące zmiany zachodzące w społeczeństwie. Znał opracowania socjologiczne i psychologiczne, których autorzy szukali odpowiedzi na pytania o przemoc, jej skalę, przyczyny.
Nie, nie było tak zawsze – coś się w świecie popsuło. Coś bardzo niedobrego działo się z ludźmi. To było jak proces coraz szybszego upadku, staczania się w mętną, brutalnie potworną otchłań, która zasysa wszystko i wszystkich.
"Za dużo myślisz" powiedział mu przyjaciel.
Tak, za dużo myślał. I czasem tego żałował. Przecież o ileż byłoby łatwiej nie myśleć. Tak! Nie myśleć!
Wyciągnął drugiego papierosa i zapalił.
W tym momencie przed gmach sądu i prokuratury podjechała niewielka ciężarówka. Kierowca zgasił silnik, wysiadł i odszedł.
"Dziwne…". Wrócił do przemyśleń, ale coś nie dawało mu spokoju. Coś było nie tak z ciężarówką.
Wyrzucił papierosa do popielniczki i powoli ruszył w kierunku samochodu zaparkowanego całkowicie nieprzepisowo.
Rozejrzał się, ale kierowcy nigdzie nie dostrzegł. Rozpłynął się.
W tym momencie dłuższe boki kontenera opadły z potwornym hukiem uderzając krawędziami w bruk placu.
Stanął jak wryty i nie wierzył.
Z odrętwienia wyrwał go przeraźliwy krzyk. A potem kolejny i kolejny.
W środku kontenera wisiało pięć ciał.
Dwa rozpoznał natychmiast – to był morderca drogowy, któremu się upiekło i jego adwokat. Dwóch innych wiedział, że zna, ale skąd…? "Kurwa, przecież to ci sędziowie… i pieprzony psychiatra…".
Stał autentycznie urzeczony.
Finał kaźni, ewidentnie ktoś postanowił wymierzyć sprawiedliwość. Ale nie tylko, że postanowił ją wymierzyć. Ale zrobił to w sposób… jak to ująć? Teatralny? Spektakularny?
Miał w głowie mętlik. Czuł odrazę i obrzydzenie. Czuł wstręt i przerażenie. Ale czuł też ulgę i satysfakcję.
Myśl goniła myśl, uczucie goniło uczucie. Zapętlały się, skręcały, przenikały.
A on stał i patrzył na potworne widowisko.
Szkolenie, rutyna i poczucie obowiązku wzięło wreszcie górę. Na ludzi robiących zdjęcia i kręcących filmiki nie zwracał uwagi. Nie mógł odejść, nie mógł zostawić miejsca przestępstwa bez nadzoru.
Zadzwonił do dyżurnego na komórkę i kazał podesłać patrole z miasta oraz karetki pogotowia. Wyjaśnił w dwóch słowach o co chodzi. I więcej wyjaśnień nie było potrzebnych, bo dyżurny stał przed komisariatem z telefonem przy uchu i też wpatrywał się w przerażający widok.
W kilka minut teren został otoczony taśmą. Krysiński zdążył też zabezpieczyć materiały z kamer monitoringu zainstalowanych na budynku sądu i prokuratury oraz wysłał patrol do urzędu miasta po zapis z monitoringu miejskiego.
Dywagowanie usunęło się w cień – pozostały procedury, protokoły dla sytuacji kryzysowych, najwyższe obroty gliniarskości.
Przybyli na miejsce ratownicy medyczni stwierdzili zgon czterech wiszących. Jeden żył i ten natychmiast został odwieziony do szpitala. Prawnikowi się upiekło.
Po godzinie na miejscu pojawiła się ekipa z Komendy Głównej i Krysiński został odsunięty. Nikomu nawet nie przyszło do głowy rzucić zdawkowe "dziękuję" za to jak błyskawicznie ogarnął sytuację.
Kilka minut postał przyglądając się pracy ekip dochodzeniowych, zapalił papierosa – ręce mu drżały, teraz zaczęły mu drżeć - a potem powoli wrócił do komendy, chwilę stał przy biurku wpatrując się w akta spraw, wreszcie spakował swoje rzeczy i pojechał do domu.
Usiadł na kanapie. Usiadł i się zapadł w sobie.
Minęła minuta? Godzina? Dzień?
Minęło trzydzieści minut.
Zadzwonił do przychodni i zapytał, czy zostanie jeszcze dziś przyjęty – dochodziła 15.00, więc mogło już nie być miejsc. Ale były.
O 16.15 znalazł się w gabinecie.
Nie bawił się w podchody, ściemnianie.
- Pani doktor, muszę na kilka dni wyjechać. Muszę zebrać myśli.
A potem opowiedział o akcji na placu – wszystkim już było wiadome, co się wydarzyło. Niespełna pięćdziesięcioletnia lekarka, z Ukrainy, popatrzyła mu głęboko w oczy a potem nic nie mówiąc wystawiła zwolnienie na siedem dni – osłabienie, awitaminoza, podwyższone ciśnienie, zawroty głowy, etc. Znała aż za dobrze życie.
Wszystko miał spakowane. Miał nadzieję, że dostanie zwolnienie, więc na wszelki wypadek wszystko miał już w samochodzie, by po wyjściu z przychodni natychmiast wyruszyć.
Do przejechania miał trochę ponad dwieście kilometrów - żadnych autostrad i ekspresówek, tylko krajowe i wojewódzkie – więc po trochę ponad trzech godzinach wjechał na teren niewielkiego ośrodka położonego nad jeziorem. Oaza spokoju, do której przynajmniej na dwa trzy dni musiał przyjechać co roku. Ośrodek na cyplu. Taki był – na cyplu – i tak się nazywał.
Miejsce jakby żywcem przeniesione w czasie z zamierzchłej, peerelowskiej przeszłości – niewielkie, prymitywne domki bez łazienek, wspólne łazienki, ale osobno dla mężczyzn i osobno dla kobiet, stołówka, trzy pomosty i jezioro ze strefą ciszy otoczone gęstymi lasami.
Ośrodek na cyplu u samego końca jezioro, nieopodal śluza i rzeczka.
Zakochał się w tym miejscu od pierwszego razu. Miał pięć lat i przyjechał z rodzicami na wakacje. Potem przerwa, ale kilkanaście lat temu wrócił i już pozostał wierny temu miejscu.
Uspokajało. Nawet dwa dni dawały ukojenie.
W niewielkiej budce szumnie nazywanej "barem" kupił lokalne piwo i usiadł przy stoliku na skarpie. Słońce powoli zbierało się do snu okrywając Ziemię puchem mroku. Krwistoczerwone refleksy drgały na spokojnej tafli jeziora a on myślał.
Następnego dnia po śniadaniu wziął kajak i popłynął kilka kilometrów na północ, do miejsca, w którym przepiękna, rzeczka wpada do jeziora. Wracając do ośrodka na obiad zatrzymał się na niewielkiej wysepce noszącej nazwę "Wyspa miłości" i kilkadziesiąt minut pływał. Po obiedzie poszedł na długi spacer – najpierw do śluzy a potem brzegiem rzeczki aż do wsi.
Wrócił na kolację.
- Co słychać? Tak nagle się zdecydowałeś przyjechać…
To kierownik ośrodka, z którym już od dawna był na "ty". Polubili się. nie, nie zaprzyjaźnili – polubili. A pytanie nie było zdawkowym, kurtuazyjnym zwrotem. Kierownik wiedział, że jest policjantem, wiedział gdzie pracuje, wiedział co się wydarzyło – bo nie tylko cały kraj, ale niemalże cały świat wiedział o wydarzeniach z ciężarówką przed budynkiem sądu i prokuratury w powiatowym mieście W. media, wrzutki w mediach społecznościowych, filmiki i zdjęcia… Od ponad dwudziestu czterech godzin temat okupował pierwsze miejsca w serwisach i programach informacyjnych, na portalach, a filmiki z miejsca biły rekordy wyświetleń.
- Mam dosyć.
- Wiesz co… Nie teraz, za godzinę zapraszam na małe piwo. Usiądziemy na pomoście i pogadamy. Ok?
- Ok.
Zgodził się odruchowo. Gdy został sam zaczął się zastanawiać "i o czym ja z nim porozmawiam? Co mu powiem? Po co?"
Ale trochę godzinę później siedzieli na ławce na pomoście, patrzyli na jezioro i rozmawiali.
- Nie wiem i nie rozumiem, co się dzieje.
- Widzisz, w takich sytuacjach cieszę się, że spędzam tutaj osiem miesięcy w roku. Daleko od wszystkiego.
- Ja tego luksusu nie mam.
- I bardzo ci współczuję. Naprawdę. Zupełnie nie zazdroszczę.
- Byłam na miejscu, gdy to się wydarzyło. Przez godzinę koordynowałem akcję, zanim nie przyjechali z głównej.
- Nawet nie próbuję sobie tego wyobrazić…
Zapadło długie milczenie. Krysiński bił się z myślami. "Powiedzieć, nie powiedzieć..?". Siedziało w nim, uwierało, gryzło. Musiał to z siebie wyrzucić a Krzysztof, na ile go znał, był człowiekiem, który zrozumie.
- Widzisz, właściwie nie powinienem…, boję się, że to nie zabrzmi dobrze…
- Zawahał się. po raz ostatni się zawahał a Krzysztof, kierownik ośrodka czekał. Nic nie mówił, czekał. Czuł, że usłyszy coś naprawdę ważnego. – Widzisz, ja myślę, że oni sobie na to zasłużyli.
- Słucham?
I wtedy aspirant Marek Krysiński zrelacjonował historię. Wypadek, pijany w trupa koleś, który zabija człowieka, ale unika kary. Psychiatra, który wystawia odpowiednią opinię i sędziowie, którzy niczego się w tym nie doszukują. Dodał coś jeszcze. Dodał pewien istotny szczegół. Otóż po tym, gdy ogłoszono prawomocny wyrok de facto uniewinniający, przyjrzał się wyrokom zasądzanym przez obu sędziów. I bardzo mu śmierdziało.
Krzysztof zamyślił się a potem powiedział coś, co wprawiło w totalne osłupienie młodego policjanta.
- Coś ci powiem… Nie wiem, czy oni rzeczywiście na to zasłużyli, ale jeśli jest choć w połowie tak, jak to przedstawiłeś, to… to dobrze tak skurwysynom!
- Ale przecież tak nie wolno! Dokąd to nas zaprowadzi…?
- A dokąd nas zaprowadziło to, co jest? Tylko ty masz wątpliwości? Powiem ci, że wiele razy rozmawiałem z ludźmi i właściwie wszyscy byli wkurzeni na system. Właściwie wszyscy mówili, że jest parodią sprawiedliwości.
- Ja jestem policjantem! Tak nie można…
- Czego nie można? Nie można brać spraw we własne ręce? Pewnie, że nie. Ale gdy sobie myślę o rodzinie tego zabitego, czy o innych, którzy przeżywają coś podobnego, to nie dziwię się, że ktoś nie wytrzymał i postanowił sprawę załatwić sam.
- To totalna anarchia!...
- A teraz mamy systemową, usankcjonowaną pseudocywilizację. Nie patrz tak na mnie. Nie zawsze byłem kierownikiem ośrodka wczasowego. Uczyłem w szkole etyki.
- Kurwa…
- Właśnie.
- Czyli ten ośrodek…
- Ten ośrodek to mój azyl. Przeraża mnie to, co się dzieje, nie rozumiem tego. Tak jak ty. Różnica między nami sprowadza się tylko do perspektywy, bo ty w tym brudzie tkwisz po uszy. I, szczerze, nie wiem, jak to wytrzymujesz. Ale widocznie tak ma być…
Nie patrzyli na siebie, nie patrzyli na jezioro – patrzyli pod nogi. To było poddanie się, uznanie porażki.
- Chcę rzucić tę robotę. Nie mam do niej sił i serca…
- Ja cię zatrudnię, jeśli chcesz. Dach nad głową jest, wyżywienie jest a do tego dostaniesz jakieś dwa i pół, trzy tysiące na rękę. Pomożesz mi, bo ja już sam nie wyrabiam. A potrzebuj e kogoś kumatego i zaufanego.
- A na zimę będę wracał do domu… - Policjant spojrzał na jezioro i od razu poczuł, że to jest wyjście.
- Oczywiście, w tym sezonie to już nic z tego nie będzie, ale mógłbyś zacząć od marca. Wystarczy jedno słowo.
- Moglibyśmy też robić zajęcia z samoobrony dla dzieciaków i reszty…
- Widzisz! Już wsiąkłeś! Przyjechałeś by sobie wszystko poukładać, ja potrzebuję pomocy a ty jesteś przytomny człowiek. I myślący. Dla mnie to jak rozpisany scenariusz, który właśnie się realizuje. Tak to czuję.
- Wszystko wskakuje na swoje miejsce…
Pozostałą część wieczoru spędził na przemyśliwaniu. Na przemyśliwaniu siebie, siebie w policji, przemyśliwaniu ideałów, które właśnie rozpieprzyły się o bruk rzeczywistości, dlaczego dzieje się, co się dzieje, do czego to wszystko zmierza i skąd w ludziach tyle zła i podłości.
Po raz pierwszy od lat chciał się napić. Tak konkretnie. Powstrzymał się. Nie był abstynentem, lubił strzelić kilka piw, albo z kumplami pobalangować, ale gdy zobaczył, jak upadają jego kumple, jak zasysa ich wir ucieczki w otępienie, odpuścił sobie.
I dzisiaj też sobie odpuści. Decyzja ma być podjęta na trzeźwo.
Kładł się spać ze spokojną głową. Wreszcie. Wszystko przemyślał, poukładał, podjął decyzję.
Rano, jeszcze przed śniadaniem poszedł popływać i raz jeszcze otulony chłodem jeziora przemyśleć, czy podjął dobrą decyzję. A na śniadaniu przysiadł się do niego Krzysztof.
- I?
- To jak panie szefie? Kiedy zaczynam? Pierwszego marca?
- A możesz w listopadzie?
- Słucham?
- Ten ośrodek zamykamy 15 października. Potem zamknięcie techniczne. Ale ja od połowy października jest w Ś. Z. i tam do początku marca zarządzam innym ośrodkiem. Przydałbyś się.
Zapadła cisza. Na to nie był przygotowany. Chciał jak najszybciej wrócić by załatwić odejście ze służby z końcem roku. Będzie miał dwa miesiące na przygotowania a tu nagle okazuje się, że może nie mieć tyle czasu.
- Nie wiem… To trochę zmienia postać rzeczy… To jest policja, tu się nie odchodzi z roboty z dnia na dzień. Potrzebuję czasu.
- Ile?
- Ze dwa tygodnie… Ale zrobię wszystko, by tak.
Długo myślał: "odejście, raport, uzyskanie zgody… kurwa! Mało czasu… i czy ten wał się zgodzi, bo jeśli będzie robił problemy…".
Musi więc szybko wracać i zabrać się za załatwianie spraw. Krzysztof zrozumiał, nie policzył mu całego zamówionego pobytu, powiedział, żeby spokojnie załatwiał swoje sprawy, bo robota na niego czeka.
W drodze do domu zrozumiał jedną rzecz. Właściwie to wygrał los na loterii. Tak, nie będzie to robota na podstawie umowy o pracę, ale będzie to jednak robota, gdzie nie będzie się martwił o utrzymanie – i jedzenie, i dach nad głową jest a do tego jakieś dwa i pół tysiąca na rękę. Może trzy.
I kasa z wynajęcia mieszkania – bo "na chuj mi mieszkanie, skoro cały rok mam zakwaterowanie?". I się robi dobrze a nawet bardzo dobrze. Właściwie to nawet samochód może sprzedać, bo do niczego mu nie jest potrzebny. Liczył: "trzy i pół tysia z emerytury, dwa i pół, trzy za pracę, jakieś dwa z wynajęcia mieszkania, czyli razem osiem, osiem i pół. Wyżywienie i dach nad głową za darmo i nie ma kosztów utrzymania samochodu… W kilka lat zbuduje sobie zaplecze finansowe i będzie mógł naprawdę iść na prawdziwą wcześniejszą emeryturę". Wspomnienie wydarzenia na placu wyblakło, nie mąciło w głowie. W głowie była tylko myśl o tym jak to wszystko fajnie się poukładało. "Puzzle, normalnie puzzle…"
I wtedy, gdy już dojeżdżał do domu zgrzyt – "to jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe..".
I nie było tak pięknie.
Następnego dnia stawił się w firmie, wręczył naczelnikowi wniosek o zwolnienie ze służby z dniem pierwszego listopada oraz raport.
- Nie ma takiej możliwości.
- Ale..
- Nie-ma-ta-kiej-moż-li-wo-ści!
- Mam dosyć! Mam tego całego gówna dosyć! Lekarz każe mi iść na terapię, odciąć się, uspokoić… I myślę, że powinienem posłuchać.
- To jest…
- Nie. To nie jest…
- Ale jeśli…
- No, to wtedy jest problem. W końcu jestem na zwolnieniu.
- Wiesz, że to kurestwo? Wiesz, że mamy…
- … braki kadrowe i tak dalej. Ale my te braki mamy na wciąż!
Zapadło milczenie. Komendant starał sobie ułożyć wszystko w głowie – nie zgodzi się, to przez najbliższe miesiące nie zobaczy człowieka w pracy. W końcu ten ma zwolnienie a potem znajdzie jakiegoś psychologa, albo innego konowała, który będzie mu wystawiał kolejne i kolejne… Spojrzał na Krysińskiego i starał się ocenić na ile to wszystko blef a na ile determinacja. Cóż, niestety, Krysiński był zdeterminowany. Postawił go pod ścianą. Musi się zgodzić. Przynajmniej przez następnych kilka miesięcy będzie miał jaki-taki spokój i będzie miał czas, by kogoś znaleźć na jego miejsce.
- Pozamykasz sprawy do końca listopada?
- Pozamykam. Nie zostawię bałaganu. A urlop w ekwiwalencie. Mamy umowę?
- Dobrze… Czyli wpisujemy, że 31 stycznia to ostatni dzień służby, ale od 1 grudnia jesteś na urlopie… Tak?
- Ok.
Wrócił do domu, włączył komputer i dopiero teraz zaczął przeglądać informacje i doniesienia związane ze "sprawą". "Sprawa" żyła. Po kilku dniach żyła. I to bardziej niż pierwszego dnia. Okazało się, że ktoś wysłał do różnych redakcji oraz youtuberów, influencerów i innych modnych i mających "wyświetlenia" zmontowany materiał, na którym psychiatra, sędziowie oraz prawnik przyznają się, że to była ustawka, że brali kasę, że to nie pierwszy raz. A drogowy morderca? Ten wyspowiadał się z całego swojego życia: jak poznał adwokata, jak ten zaproponował metodę "na niepoczytalność", jak płacił – a "sprawa" była tylko jednym z akordów jego działania. Przewały w spółkach, wywijanie się od odpowiedzialności za zrywanie kontraktów… Mnóstwo. Jakby to ktoś powiedział: pruł się jak stara koronka.
Ale kto by się pruł, gdy na szyi fortepianowa strona, palce stóp ledwo sięgają ziemi a ręce związane za plecami?
To nie było wymuszenie zeznań – to było brutalne wymuszenie poświadczenia prawdy o systemowym przekręcie.
Na wyścigi podawali informacje o sprawach, które przekręcili. W jaki sposób dostawali pieniądze…
A morderca sypał komu, za co i ile zapłacił, jak się wywinął.
Filmiki z "przesłuchania" zalały sieć. Nie pomagały blokady, bany – ludzie przesyłali sobie filmiki komunikatorami, wrzucali na swoje profile…
Dwie myśli. Tylko dwie myśli zawładnęły nim. "To się nie rozejdzie po kościach, to musi pierdolnąć". Ale druga była smutniejsza. "A jeśli się wszystko wypierdoli, to czy będę miał robotę?".
Nie współczuł gościom, których koniec jako jeden z pierwszych zobaczył. "Zasłużyli sobie". Nie przejmował się, że większość myśli podobnie – i tych którzy wrzucali filmiki i tych, którzy komentowali. Teraz najważniejsze było, czy będzie tak dobrze, jak to sobie jeszcze kilka godzin temu wyobrażał. Ale myśl by wycofać się z odejścia ze służby, nie postała mu w głowie. Był zdecydowany. "Trudno, nie wyjdzie, to nie wyjdzie".
Oczywiście, działo się. powołano komisje, wszczęto audyty, rozpoczęto działania na szeroko zakrojoną skalę, powołano spec-grupy, prześwietlano… A ludzie zaczęli brać sprawy w swoje ręce. Przeważnie w sposób ordynarny, bezmyślny i brutalny.
Sąsiedzkie spory, które całymi latami nie mogły znaleźć sądowego rozstrzygnięcia, w ciągu jednej nocy kończyły się za sprawą siekiery, cegłówki, noża, albo puszczonego kura.
Ex mąż-pijaczyna, który latami znęcał się nad rodziną i którego nie można się było pozbyć z mieszkania, bo nie było dla niego lokalu zastępczego, nagle wyfruwał przez okno na dziesiątym piętrze. I wszyscy mieli spokój. I nikt po nim nie zapłakał.
Sędzia, którego nie można było postawić przed sądem, bo nie było odważnych, którzy zdecydowaliby o odebraniu immunitetu drogowemu zabójcy, zostaje znaleziony potwornie pobity na śmierć, wręcz zmasakrowany.
Gnój, który gwałcił kilkuletnie dziecko, ale przed sądem nie stanął, bo tatuś był ważną szychą, został brutalnie wykastrowany i zgwałcony w sposób, który przyprawiał o wymioty najstarszych i najbardziej doświadczonych śledczych.
Właściciel firmy, który nie płacił pracownikom, fałszował deklaracje ZUS-owskie, straszył i groził, został znaleziony z połamanymi i zmiażdżonymi rękoma. I pustym kontem.
I tak dalej, i temu podobnych setki i tysiące przypadków. Jedne tylko prymitywne, zupełnie bez polotu, inne brutalne, ohydne, ale wszystkie pokazujące skalę nienawiści, zwątpienia w system i szaleństwa, które ludzi ogarniało. Totalne sprywatyzowanie organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Antysystemowe, oddolne Prawo Hammurabiego zawładnęło społeczeństwem.
Praktycznie za każdym razem było wiadomo, kto odpowiada za ten, czy inny bestialski czyn, odwet, zemstę, ale postawienie przed sądem zaczynało graniczyć z cudem. Przede wszystkim za sprawą dowodów, które dziwnym trafem i nagminnie ginęły, zawieruszały się, albo były niszczone. Poza tym sąsiedzka i rodzinna zmowa, fałszywe alibi i groźby, że jeśli policja zacznie się interesować, to kto wie, co się stanie z tym, czy innym policjantem, prokuratorem, sędzią…
Państwo rozłaziło się w szwach i powoli pękało.
Przywrócenie jakiego takiego ładu zajęło ponad dwa lata. Nie obeszło się bez konieczności wprowadzenia ustawy abolicyjnej oraz dogłębnej, gruntownej i nad wyraz fundamentalnej zmiany w odpowiednich ustawach, kodeksach i rozporządzeniach.
W tym czasie były już aspirant Marek Krysiński realizował się w ośrodkach wczasowych i wypoczynkowych prowadzonych przez Krzysztofa.
Nie liczył, że coś dobrego z tego wszystkiego wyniknie. Bo, jak mawiał Krzysztof, "wiele musi się zmienić, by wszystko pozostało po staremu". Więc na nic nie liczył, niczego nie oczekiwał, niczego się nie spodziewał. Pozbył się złudzeń.
Okazało się, że szczególnie w czas zawieruchy, zamętu i upadku ludzie są gotowi sporo zapłacić za azyl, za miejsce, w którym jest klimat – owszem – ale w którym jest przede wszystkim profesjonalne zabezpieczenie i ochrona.
Zarabiał, pobierał policyjną emeryturę, wynajmował mieszkanie, sprzedał samochód.
Żył a od czasu do czasu obserwował.
Był z boku. Żył z boku. I modlił się, by pozostać z boku.
Wszystko się ułożyło. Każdy element układanki znalazł się na swoim miejscu.
"No, nie mogło chyba być inaczej".
W jego życiu wszystko się ułożyło a wokół zmieniło się bardzo wiele, by znów wszystko pozostało po staremu.