No dobra, ale zanim przejdę do sedna, muszę wyjaśnić Tobie czytelniku skąd takie patetyczne tony na samym początku tego tekstu. Otóż, udając się na rodzinny urlop obiecałem sobie, że zafunduję sobie detoks od piłki nożnej. W każdej formie. Nie będę śledził mediów społecznościowych, nie będę sprawdzał wyników, no i oczywiście nie będę oglądał żadnych spotkań. I tu muszę się uderzyć w pierś, poległem już pierwszego dnia. Między spacerem z żoną, a zabawą z dziećmi, nerwowo zerkałem, czy Marin Karamarko został sprzedany.
Czy może któraś z tych absurdalnych, wydawać by się mogło, plotek się potwierdziła. Mało tego, kiedy wszyscy smacznie już spali, ja oglądałem powtórkę meczu z Krakowie, szukając tych pozytywów o których wszyscy dookoła piszą. Tak właśnie mój wyczekiwany, rodzinny urlop, zamienił się we wczasy z Nafciarzami.
Zostawmy jednak moją historię lekko w tle, a przejdźmy do tego, co w Wiśle Płock wydarzyło się w minionych dwóch tygodniach. Na początek spotkanie w Krakowie. Mecz o którym wielu napisało, że był sygnałem, że Wisła Płock pod okiem Adama Majewskiego idzie w dobrym kierunku. Nafciarze grają na pewno ładniejszą dla oka piłkę, niż ta, którą prezentowali w ubiegłym sezonie. I tu się nie mogę nie zgodzić z opinią ogółu. Mam tylko jedną uwagę. Za wrażenia estetyczne w Ekstraklasie nikt punktów nie przyznaje. Najlepszym przykładem na to, może być właśnie nasz ostatni rywal. Wisła Kraków po meczu z Piastem Gliwice, który śmiało można nazwać festiwalem strzeleckim, na spotkanie z nami, potrafiła zdecydowanie zmienić swoje oblicze.
Z zespołu grającego bardzo radosny futbol, przeobraziła się w drużynę pragmatyczną, acz skuteczną. Efekt? Nafciarze ze stolicy Małopolski wrócili bez chociażby punktu. Tyle nam z tego stylu. Ktoś zaraz napisze, że gdyby Marcin Kamiński trafił w doliczonym czasie gry, to byśmy mieli jeden punkt. Mało tego, gdyby nie błędy Marcusa to byśmy mieli nawet trzy. Niestety piłka nożna to koniec końców suma błędów. Te w Krakowie przeważyły na naszą niekorzyść. I nie mam zamiaru teraz, jak co niektórzy kibice mają w zwyczaju, rozpalać stosu pod żadnym z nazwisk. Mam tylko jedno spostrzeżenie. Z zespołu który zachwycał nas wynikami w sezonie 2025/26 nie zostało już nic. Ilość błędów w defensywie popełnionych w meczu z krakowską imienniczką, to suma błędów jakie Nafciarze popełnili w poprzednim sezonie przez całą rundę jesienną. Styl? Jasne, bardziej ofensywny. Jakość?
Na papierze podobna, jak nie większa w obecnym składzie. Wyniki? No i tu mamy pewien problem, bo gorsze. Niestety, czy to się komuś podoba czy nie, rok temu po 3 meczach mieliśmy na swoim koncie 9 punktów. W pierwszych spotkaniach straciliśmy zaledwie jednego gola, strzelając przy tym sześć. W obecnych rozgrywkach. Trzy mecz, 4 punkty, trzy gole strzelone, trzy stracone. Do zdobycia tych 3 goli potrzebowaliśmy aż 41 strzałów(ponad połowę z nich oddaliśmy w meczu w Krakowie).
Z drugiej strony pozwoliliśmy rywalom na oddanie 44 strzałów na naszą bramkę. Dla porównania. W poprzednim sezonie w pierwszych 3 meczach nasi rywale uderzali na naszą bramkę zaledwie 22 razy, my natomiast ostrzeliwaliśmy bramkę przeciwników 42 razy. Ktoś zapyta, no i co z tego? A no nic, dla kibica który mecze ogląda zupełnie nic. Dla takiego sympatyka Wisły, liczy się tylko ta pierwsza statystyka. Dla tego który chce oglądać bardziej radosną piłkę, może okazać się, że jednak ta obecna nie jest taka radosna, jak się może wydawać. Dla tego który jednak patrzy trochę bardziej w przyszłość, może to być lampka ostrzegawcza. Coś tu jednak nie gra, tak jak grać powinno. Bo suma summarum, w piłce nożnej nie chodzi o wrażenia estetyczne, a jedynie o pragmatyzm w zdobywaniu punktów.
Za chwilę obrońcy obecnego stanu rzeczy, albo przeciwnicy tego poprzedniego podniosą larum, że to dopiero początek sezonu, że drużyna się zgrywa, że trawa jest zielona, niebo niebieskie, a słońce jutro znowu wstanie na wschodzie. Banały, ale też fakty, a z tymi się przecież nie dyskutuje.
Ktoś powie, że trener Majewski to poukłada. Ja powiem, że trenerowi Majewskiemu ciut brakuje wykonawców do tej jego filozofii gry. Szczególnie teraz, w kontekście urazu Daniego Pacheco, czy dobiegających plotek o niechęci do Kyriakosa Savidisa czy Deniego Jurica. O przyszłości Greka i Australiczyka zapewne nie zadecydują najbliższe dni, a pewnie miesiące jakie dzielą nas od zimowego okna transferowego. Jedno jest pewne, czekają nas jeszcze gorące chwile jeśli chodzi o końcówkę okna transferowego przy Łukasiewicza. Wisła na pewno na tą chwilę potrzebuje prawonożnego stopera. Marcus nie może być jedyną instancją na tej pozycji.
Tak samo jak Marcin Kamiński. Obaj są klasowymi zawodnikami i umiejętności im nie brakuje, jednak… no właśnie. Różne są sytuacje, czasem jednak lepiej mieć alternatywę. A my takowej nie mamy. Bo skreślony Przemek Misiak nią raczej nie będzie, a niedoświadczony Marcin Więckowski to jednak chodząca zagadka, a nie pewny punkty defensywy w wypadku problemów na tych pozycjach. Druga sprawa to środek pola. Uraz Daniego eliminuje go z gry na minimum kilka miesięcy. Śmiem twierdzić, że raczej w tym roku już Hiszpana na boiskach PKO BP Ekstraklasy nie zobaczymy. Wisła straciła więc nie tylko piłkarza na pozycję numer "6", ale też gracza który był na boisku pewnego rodzaju mózgiem zespołu. Ktoś zaraz powie, że przecież Adam Radwański może go zastąpić. Jasne, tylko kto wtedy zastąpi Adama piętro wyżej?
Chciałbym wierzyć, że Savi jednak w chwili trwogi zyska przychylność naszego trenera i dostanie swoją szanse na boisku. Bo to może być jednak lekarstwo na kilka problemów. Ostatnią formacją która w moim odczuciu wymaga wstrząsu jest pozycja środkowego napastnika. Ok, Said Hamulić na starcie sezonu wygląda przyzwoicie. Problem tylko w tym, że po pierwsze, jak wiemy z doświadczenia, to chodząca bomba zegarowa. Jak ktoś słusznie napisał, nigdy nie wiemy kiedy odbije mu palma. Po drugie Deni Juric, jak można usłyszeć, zarabia za dużo, za mało prezentując na boisku.
Jest jeszcze Łukasz Sekulski, ale jak widać kapitan Nafciarzy jeszcze szuka formy. Mógłbym napisać, że przecież w kadrze Wisły jest jeszcze młody wilk… ale to zdecydowanie wilczek, i to raczej bezzębny. A jak ktoś wierzy, że Marcin Kościelecki dostanie szansę w najbliższych spotkaniach, to się może mocno zdziwić. Reasumując najbliższe dni to powinien być okres bardzo wytężonej pracy prezesa i trenera, bo to wszak oni odpowiadają za letnie transfery przychodzące. Miejmy tylko nadzieję, że nie tylko ja to tak tak widzę, bo weryfikacja może okazać się bolesna.
Najbliższa już w niedzielę, o 17:30 w Katowicach. GKS po zakończeniu europejskiej przygody, może śmiało skupić się na ogrywaniu krajowych rywali. Dla nas stadion przy Bukowej nie bywał ostatnio wyjątkowo gościnnym miejscem. Na szesnaście spotkań wygraliśmy tam tylko trzykrotnie. Ostatni raz w sezonie 2014/15. Chyba nikt z nas nie ma nic przeciwko, żeby ta historia się powtórzyła.