Kryminalny wtorek - Zbrodnia Połaniecka. Zbrodnia, zmowa milczenia, proces!
Mroźna noc z 24 na 25 grudnia 1976 roku. Połaniec, niewielka miejscowość w dzisiejszym województwie świętokrzyskim. Osiemnastoletnia Krystyna Łukaszek z domu Kalita podczas nabożeństwa słyszy głos swojej kuzynki: "Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy" – szepcze. Wtedy ona, jej mąż - dwudziestopięcioletni Stanisław oraz dwunastoletni brat - Mieczysław Kalita wracają z mszy pasterskiej z kościoła w Połańcu do oddalonej o 4 kilometry wsi Zrębin. Czuli się bezpiecznie. Sądzili, że nic złego nie może im się stać. Mylili się. W dzisiejszym artykule przyjrzymy się zbrodni połanieckiej. Jakie były jej przyczyny, przebieg procesu oraz skutki.
Na początku przyjrzyjmy się, co było motywem tych tragicznych wydarzeń. Cofnijmy się do 1947 roku. Wtedy dziadek Krystyny, Ignacy Bukacz funkcjonariusz ORMO i członek PPR, brał udział w aresztowaniu dwudziestoletniego wówczas Jana Sojdy, który został skazany za gwałt. Trzy lata później w obejściu Sojdy zginął 10-letni syn Bukacza.
Niby przypadkiem, bo miał być zastrzelony pies. Inne relacje wskazują, że Bukacz nadużywał swojego stanowiska służbowego poprzez między innymi zmuszanie rodziny Sojdów do głosowania "3 razy tak" w referendum na temat przemian politycznych i gospodarczych w 1946 roku oraz zmuszał ich do uczestnictwa w pochodach pierwszomajowych. Sojda miał później duży żal do rodziny Kalitów za zachowanie Ignacego Bukacza. To zdarzenie stało się iskrą, która zapoczątkowała długotrwały konflikt między rodzinami, który narastał przez następne lata.
W tym miejscu wyjaśnijmy sobie, kim był Jan Sojda, główny bohater tej tragedii. Był on bogatym właścicielem dużego gospodarstwa rolnego we wsi Zrębin. Jako jedyny wśród mieszkańców wsi posiadał ciągnik i telefon. Mógł także pochwalić się różnego rodzaju znajomościami z wpływowymi ludźmi na szczeblu lokalnych władz, gdyż pełnił funkcję ławnika sądowego. Ze względu na powyższe okoliczności i wynikającą z nich poczucie bezkarności, mężczyznę zaczęto określać mianem "króla Zrębina".
Przez następne lata mogło się wydawać, że konflikt pomiędzy Kalitami i Sojdami stopniowo się wycisza. Jednak to, co się tliło, wybuchło na nowo w 1976 roku. Wówczas miało miejsce wesele Krystyny i Stanisława. Żona Józefa Adasia, a zarazem siostra Jana Sojdy, podczas wesela pomagała w kuchni. W trakcie wesela rodzina pary młodej przyłapała Adasiową na kradzieży kiełbasy i szynki. Kobieta, przyłapana na gorącym uczynku, obraziła się i zrobiła awanturę. W dodatku wymusiła na matce Krystyny, pani Zdzisławie Kalicie, córce Ignacego Bukacza, aby ta podarowała jej (wypożyczoną na wesele) zastawę stołową, która spodobała się Adasiowej. W końcu rodzina Sojdy czuła się całkowicie bezkarna.
Dla Sojdy, szanowanego gospodarza, posądzenie członka jego najbliższej rodziny o kradzież była upokarzająca i nie mógł nad tym przejść do porządku dziennego. To właśnie po weselu poprzysiągł zemstę, wypowiadając słowa: "wyplenię Kalitowe plemię".
Na pasterkę 24 grudnia 1976 roku, mieszkańcy Zrębina przyjeżdżają dwoma wynajętymi autobusami PKS – sanem i autosanem. Gdy Krystyna z mężem i bratem opuścili kościół, mieli zamiar wrócić autobusem, ale nie zostają wpuszczeni do środka, ponieważ w zaparkowanych pod kościołem pojazdach bawią się przy alkoholu Jan Sojda i jego goście.
Niedługo potem spod kościoła odjeżdża samochód osobowy Fiat 125p. Kieruje nim Jerzy Socha, który jest zięciem Sojdy. Za fiatem jadą też oba autobusy pełne gości, udające się do Zrębina po alkohol. Za kółkiem niebieskiego sana siedzi Józef Adaś, szwagier Sojdy. Natomiast Autosana, Maciej Wysocki, którego Sojda groźbami zmusza do kontynuowania jazdy.
Krystyna, Stanisław i Mietek przejdą może kilometr, potrąca go samochód. Chłopiec upada na ziemię, a siostra z mężem biegną mu na pomoc. Mają nadzieję, że to wypadek, ale wówczas z autobusu wysiada już Jan Sojda z Józefem Adasiem, uzbrojeni w klucz do kół i metalowy pręt.
Józef uderzył Stanisława, który stracił przytomność. Krystyna zaczęła uciekać, ale szybko została złapana. Bezskutecznie błagała o darowanie życia słowami: "Wujku, proszę, daruj mi życie". Niewzruszony Sojda chwycił ją za włosy i powalił na ziemię, a Adaś kilkakrotnie uderzył z taką siłą, że dziewczyna ginie na miejscu. Stanisław Łukaszek tymczasem usiłował wstać, ale Jan Sojda zabił go metalowym prętem. Aby mordercom było łatwiej, Henryk Witek oświetlał latarką całe miejsce zdarzenia. Dzięki temu pasażerowie autobusów, ponad 30 osób, widzieli wszystko dokładnie, gdyż Jan Sojda świadomie dokonał zbrodni na ich oczach. Była to niewypowiedziana groźba. Sygnał, co się stanie, gdy ktokolwiek z nim zadrze.
Tymczasem, dogorywający Miecio wzywał mamę na pomoc. Słysząc jego wołanie, Jerzy Socha najechał na głowę chłopca kołami fiata.
Gdy tragedia dobiegła końca, kilka osób usiłowało wyjść wysiąść z autobusu, ale Stanisław Kulpiński, drugi zięć Sojdy, grozi im: "Kto wyjdzie, tego spotka ten sam los".
Następnie Sojda polecił pasażerom przenieść się do jednego autobusu. Zwłoki wciągają do drugiego i przewożą półtora kilometra dalej, a następnie wyrzucają na drogę i przejeżdżają po nich kołami. Ciało Krystyny obnażają i układają za autobusem, pozorując gwałt. Niebieskiego sana zostawiają na miejscu. Zanim ruszyli z drogi, Jan Sojda wszedł do pojazdu i zmusił wszystkich obecnych do udziału w dziwnym rytuale. Wyjął różaniec, po kolei nakłuwał ludziom palce agrafką, aż pojawiła się krew, i każdy musiał przysiąc, że nie piśnie ani słowa. Całowali krzyżyk, na kartce odbijali znak krwi i przysięgali.
Na koniec Sojda wręczył świadkom łapówki – od 2 do 10 tys. zł. Wielokrotność ich miesięcznych dochodów, które mają zmusić ich do posłuszeństwa.
Ze względu na panującą wśród mieszkańców Zrębina zmowę milczenia, całą sprawę początkowo uznano za nieszczęśliwy wypadek. Wynika to z policyjnych notatek. Jedna z nich stanowiła: "Ustalono dane osobowe śmiertelnych ofiar wypadku drogowego w nocy z 24 na 25 grudnia 1976 r. Są to Krystyna Łukaszek, z domu Kalita, jej mąż Stanisław Łukaszek i brat Krystyny Mieczysław Kalita. Wszyscy ze Zrębiny". Sekcja zwłok została wykonana wyjątkowo nieudolnie, na dodatek przez człowieka, który nie miał do tego uprawnień. Oddano również do kasacji sprawny autobus zanim zabezpieczono na nim ślady zdarzenia. Nie zabezpieczono również miejsca zdarzenia.
W okolicy owa makabryczna zbrodnia długo stanowiła temat tabu. Panowała powszechna zmowa milczenia. Taki stan rzeczy trwałby, gdyby nie czternastoletni Stasio Strzępek, który owej tragicznej nocy wracał z pasterki i zauważył ukrywających się za autobusem sprawców). Pewnego dnia przechodził obok domu Sojdy i krzyknął: "Bandyci! Wymordowaliście tylu ludzi! Zabiliście mojego kolegę, Miecia!".
Chłopiec przełamał zmowę milczenia. Sojda starał się uciszyć nastolatka i jego rodzinę poprzez łapówki i groźby. Bezskutecznie. Matka nakazała chłopcu powiedzieć, jak było. Od tego momentu jego rodzina była zastraszana. Pod ich domem kręcą się podejrzani ludzie. W szyby lecą garście dziesięciogroszówek, "judaszowe grosze" – mówią mieszkańcy wsi. Chłopiec często ukrywa się na strychu, gdyż nieraz dostał kamieniem w plecy. Ojciec, alkoholik, też się w końcu staje po stronie prawdy i wykrzykuje: "Ja mam drżeć przed Sojdowymi, bo ony posiadają ciągnik? I mnie go nie dadzą, gdy im podpadnę? Sram na ich ciągnik!". Radzi więc Staszkowi: "Jakżeś widział, to nie cygań, bo tu nie o krowę idzie ani o cielę, tylko o Kalitowe dzieci".
Przez kilka miesięcy prokuratura w Staszowie usiłowała wyciszyć sprawę. Matka zamordowanych słyszała, że nie wróci to życia jej dzieciom. Mieszkańcy wsi, którzy popierali lub bali się Sojdów, zaczęli ich prześladować, izolować i wyśmiewać.
Jednakże zachowanie Stasia i jego rodziców spowodowała falę rozmów i plotek. Nawet organy ścigania uznały, że nie mogą obok tego przejść obojętnie i śledztwo wznowiono. Tym razem sekcja zwłok jednoznacznie wykazała, że młode małżeństwo i dwunastolatek zostali zamordowani. Sprawie nadano nowy bieg wydarzeń. W lutym został aresztowany Józef Adaś, który prowadził autobus i spowodował wypadek. Trzy miesiące po dokonaniu zbrodni Jan Sojda przystąpił do spowiedzi i odbył pielgrzymkę do Częstochowy. Postawił także ołtarzyk z wizerunkiem Matki Boskiej i zapalił świece w obecności mieszkańców wsi, którzy znowu musieli klękać i przysięgać milczenie. Bo jak nie, to wiadomo co.
Podczas śledztwa odbyła się wizja lokalna. Schodzi się cała wieś. Obstawa milicyjna jest bardzo szczelna. Śledczy boją się linczu na świadkach.
Gdy jednak okaże się, że nie doszło do wypadku drogowego, a do zabójstwa, sprawę przejmuje prokuratura wojewódzka. W maju 1977 roku ekshumowane zostają ciała zamordowanych. Ponowna sekcja potwierdziła, że obrażenia wskazują nie na wypadek samochodowy, ale na zabójstwo z użyciem ciężkiego narzędzia. W końcu Sojda, Adaś, Socha i Kulpiński stanęli przed sądem oskarżeni o potrójne morderstwo. Sprawa toczyła się w Sandomierzu przed tarnobrzeskim sądem wojewódzkim.
Proces trwał rok. Oskarżeni odmówili składania wyjaśnień. Przesłuchanych zostało 220 świadków. Cechą szczególną procesu była duża liczba zarzutów postawionych świadkom za składanie fałszywych zeznań. Większość świadków do końca zachowała milczenie. Był to skutek gróźb, błędnie interpretowanej religii, łapówek i przeświadczenia o zbiorowej bezkarności. Także w czasie procesu miało miejsce zastraszanie lub przekupywanie świadków przez rodziny oskarżonych i ich obrońców. Osobami, które jako jedyne zeznały, że miało miejsce morderstwo i podały nazwiska sprawców, był wspomniany wcześniej Stanisław Strzępek i Leszek Brzdękiewicz, którego ciało znaleziono niedługo później w rzece Czarnej. Według oficjalnej wersji utopił się przypadkowo. (Czy tylko mnie się nie chce wierzyć w taką wersję?)
Największe poruszenie na sali wywołał fragment zeznań jednej z mieszkanek Zrębina. Sędzia zapytał: "Czy pani nie zainteresowało to, że za autobusem leży obnażona kobieta, którą oświetlają latarkami?". Świadek: "Nie… A co mi tam…". Sędzia: "A gdyby tam leżała krowa?". Świadek: "A, krowa to co innego!".
Adwokaci oskarżonych tak wczuli się w swoją rolę, że łamali zasady etyki zawodowej. Władysław Siła-Nowicki i Zbigniew Dyka dopominali się od sądu zgody na nagrywanie rozpraw, a następnie używali tychże do szantażowania świadków.
10 listopada 1979 roku sąd skazał Jana Sojdę, Józefa Adasia, Jerzego Sochę i Stanisława Kulpińskiego na karę śmierci. Osiemnastu świadkom za składanie fałszywych zeznań wymierzono karę po kilka lat pozbawienia wolności. W lutym 1982 roku sąd apelacyjny zamieni Sosze i Kulpińskiemu wyroki śmierci na kary po odpowiednio 25 i 15 lat więzienia. Wyszli po 14 i 11 latach.
Jeszcze w dniu egzekucji, którą zaplanowano na godzinę 17.00, pojawiły się naciski, żeby ją przełożyć. Pochodziły one od Józefa Ostasia, zastępcy prokuratora generalnego, byłego funkcjonariusza SB. Podkreślał bowiem, że chodzi tu o sprawę polityczną, gdyż interwencja pochodzi od czynników zewnętrznych (można się było domyślać, że od KGB).
Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Jan Sojda i Józef Adaś zostali powieszeni w krakowskim areszcie śledczym przy ul. Montelupich 23 listopada 1982 roku.
Sędzia Marek Maciąg w uzasadnieniu wyroku stwierdził, że był to proces nie tylko wobec oskarżonych, ale wszystkich mieszkańców wsi. I że w kraju, w którym zdarza się kilkaset zabójstw rocznie, nie było jeszcze tak, aby "społeczność wiejska zanikiem sumienia, korupcją, przekupstwem, strachem, paraliżem woli utkała tak szczelną zasłonę milczenia wokół zbrodni".
Odnośnie całości społeczności wsi Zrębin wypowiedział się Franciszek Bełczowski, prokurator: "Zadziwiająca na tym tle jest postawa jedynej zrębińskiej rodziny – czternastoletniego Stasia, który drugiego dnia po zbrodni pod oknem oskarżonego krzyczał "bandyto!", i jego rodziców, najbiedniejszych ludzi we wsi, którzy nie dali się przekupić. Przerażające jest zachowanie oskarżonych, ich żon i matek w stosunku do rodziny ofiar. W późniejszych miesiącach po zbrodni, przed aresztowaniem, oskarżony Kurpiński [Kulpiński] miał odwagę zastąpić drogę Kalitom, podnieść nogę i stwierdzić: "Kobieto, tu mam twoje dzieci i tak mi się chce z nich śmiać". I na tym zakończymy.